Kontakt O mnie Współpraca Portfolio
wine_bottle_lights_by_hiddendemon_666-d6rvq9q

Przepraszam – wymamrotał nagle – dlaczego ja właściwie płaczę, skoro mam wino ?

Pseudo drinki, piwo z sokiem przez słomkę. Kieliszek wina pity przez całą noc. Whisky zalana kolą. Porobiło się. Nie chodzę do barów i tęsknie za Śląskiem. Piwo pije z butelki. Wódkę z kieliszka. A whisky prosto z gwinta. Zabroń mi.

Już dawno porzuciłam moje barwne życie towarzyskie na poczet szarego dresu z dziurami i nieumytych włosów. Nie robi mi to już różnicy czy ktoś zobaczy mnie w makijażu czy bez. Pobudki o 13 zamieniłam na budzik o 6 rano, a kacową wodę na fusiatą kawę. Boże chyba dorosłam.

Nie tak wyobrażałam sobie moje życie, kiedy będę mieć 25 lat. Miałam być wtedy pracującą we własnej herbaciarni szaloną kobietą biegającą między stolikami i dolewającą wrzątku do kubków myślicieli i artystów. Prawda jest taka, że codziennie otwieram program budżetowy i księguje tony faktur zastanawiając się, w którym momencie popełniłam błąd. I płacze nad klawiaturą wbijając kolejne NIP-y i REGON-y i modlę się, żeby zegar wybił 15.

Lubiłam swoje życie. Tak. Zdecydowanie je lubiłam. Wychodziłam z domu bez planu. Byłam spontaniczna. Kierowałam się jedną główną zasadą „się zobaczy”. Pół życia spędziłam na „domówkach” u przyjaciółki, tocząc nocne rozprawy na temat sensu życia i przyszłości. Na tematy wtedy tak dla nas odległe. Jednak nie przypominam sobie, żebym, chociaż ja wymieniłam w tym wszystkim stanowisko księgowego. To jak strzał w potylicę dla wolnego umysłu. Kiedy przez lata trenujesz swój umysł, aby zataczał coraz większe koła zniewolenie przez liczby jest dla niego niczym gilotyna. I tak od 7 do 15 wolny umysł trafia szlag na poczet nudnych zajęć nudnych ludzi. Jestem takim trochę etatowym wolnomyślicielem. To nawet dość zabawne. Pracuje na dwa etaty. Jednak tu gdzie jestem teraz nawet na tym drugim etacie, tym, który lubię znacznie bardziej niż rolę księgowej, jestem zniewolona przez bariery codzienności. Nie wpływa to na mnie za dobrze.

Jest marzec. Czyli pełne trzy miesiące nie było mnie na Śląsku. I wiem, że pyły i wongiel i kopalnie i straszny klimat, ale irracjonalnie właśnie to tam czuje się jakbym oddychała pełną piersią. Nikt mną nie staruje. Wstaje, kiedy chce. Ubrana jak chce. Pije, co chce i kiedy chce. W międzyczasie skrobnę kilka zdań natchniona weną. Pooglądam konie na pastwiskach. Albo zupełnie bezczynnie zerknę łaskawym okiem na telewizor, w którym leci jakże wspaniałe polskie kino o Chopinie. Nie jestem tam sensacją. I bardzo mi to odpowiada. Bo tutaj, u mnie w moim mieście, spoglądają się na mnie dziwnie. Bo mam kolczyki w wardze (pewno, z jakiej sekty) i tatuaż na ręce (na pewno kryminalistka), bo mam buty ze skrzydłami (patrz jak ta wydziwia, w dupie się poprzewracało) a w zimie nosze błękitną czapkę z różowymi rogami (o patrz, patrz, co ta ma na łbie). Nuży mnie to. Nuży mnie patrzenie codziennie na te same twarz. Nuży mnie fakt, że wszyscy się tutaj znają i że wszyscy mają na twój temat wyrobioną opinię. I jak tu kurwa nie pić?

Nie. Nie mam problemu z alkoholem. Zmierzam jednak do tego, że już nawet nie mam, z kim tu pić. Panny, które chlały ze mną Komandosy pod żywopłotem zakładają rodziny (nie mówię, że to źle…chociaż), a faceci, z którymi paliłam trawkę i za których skłonna byłam skoczyć w ogień smarują pełnoziarnisty chleb benecolem, bo mają problemy z sercem. No ludzie. Serio ? Mamy 25 lat. Dwadzieścia pięć. Nie osiemdziesiąt. Czy nie teraz właśnie przypada czas na zabawę i dzikie pląsy w blasku księżyca? Serio wyczerpaliśmy już limity, jakie zostały zaprogramowane na zabawę. Smętne piwo w barze i opowieści o jakże fascynującej pracy nie bardzo mnie kręcą. A kiedy największa pijuska, jaką znam miesza słomką drinka zakrywam twarz robią klasyczny face palm, bo brakuje mi słów. I właśnie, dlatego siedzę w domu. Szanując siebie i swoje zdrowie nie pijam w barach i nie spotykam się TUTAJ z ludźmi, bo mam słabe nerwy i nie lubię ich niepotrzebnie naciągać do granic, które są bardzo blisko.

Kiedy stoisz na hałdzie i trzymasz w rękach butelkę lekko się kołysząc i patrząc na rozciągniętą na horyzoncie panoramę Katowic masz w dupie wszystko. Wiatr targa włosami jak szatan a ty tchnięty tą wzniosłą chwilą nie masz czelności odgarnąć ich z twarzy. Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Odliczam. Odliczam dni do momentu, kiedy wsiądę w pociąg. Kiedy dotrę na dworzec. Turkocząc swoją walizką doprowadzę do furii Umbrę a potem siądę przy stole i słuchając muzyki, której nawet nie lubię odetchnę w końcu i zresetuję mój umysł. Każdemu jest to potrzebne.

Mówią o mnie, że palę mosty, że zostawiam po sobie zgliszcza a każda przyjaźń niszczę jak niepotrzebna puszkę coli. Może i tak. Może właśnie tak trzeba. Szperam i wybieram najlepsze kąski, tych, na których nadal mogę liczyć, tych, którzy pamiętają mnie jak rozbestwioną nastolatkę z idiotycznym czerwono kremowym plecakiem zapełnionym po granice podpisami czasami zupełnie obcych osób. Tak. Jeszcze kilku takich ludzi mam. Trzymam ich w dłoniach żeby mi nie uciekli. Są moimi połączeniami z rzeczywistością, oczywiście tą naszą, bez cyfr, fusiastej kawy o 6 rano, zakupów na obiad o 15, tą gdzie nie stoję w kolejce na kolejne badania, ani nie martwię się czy zdam egzamin. Żałuje, że nie mam znowu 17 lat. Albo nawet 15. Mój umysł nie był w stanie zamknąć się w jakiekolwiek ramy. Płynął myślą ulotną pół metra przede mną. Doskakiwałam do niego jak w dziecinnych „klasach”. Tetryczeje czasami odnoszę takie wrażenie. Lub inaczej (określenie, które sobie upodobałam a które jest o wiele bardziej przystępne): Stałam się Domatorem. Co tak naprawdę ogranicza się nadal do tego, że stetryczałam. Patrzeć tylko a nabędę sobie skórzane bambosze.

Potrzebuje artyzmu jak narkoman. Godzinami przeczesuje internet poszukując czasami tak bzdurnych informacji żeby tylko nakarmić spragnioną bestię zwaną EGO i poczuć mentalny orgazm satysfakcji. Staram się przyswoić jak najwięcej. To takie ładowanie akumulatora. Od 17 do 23 czytam szukam wciągam sztukę jak amfetaminę a potem od 7 do 15 z czystym sumieniem wstukuję w program cyferki. Dr Izabela i Mr. Owca.

Boje się jednak, że kiedyś się w tym wszystkim pogubię i oddam pałeczkę pierwszeństwa tej dorosłej stronie mnie. Garsonka. Butki w szpic. Teczka na dokumenty. Ciasny kok. Okulary na czubku nosa. I martwi mnie to, że przyjmę to za normalność. A dzikość mojego umysłu zamknę w klatce i zrobię z niej doskonały żart na firmową imprezę. Martwię się, że będę siedzieć przy kieliszku wina i sączyć go przez całą noc zaśmiewając się z dowcipów działu finansowego o aktualnym stanie średniej krajowej.

Boże. Musze jechać na Śląsk. Musze się napić….