Kontakt O mnie Współpraca Portfolio
whynots-7207

W sumie chyba nie powinnam tego mówić…

…bo może to popsuć mój wizerunek twardej laski z żelaznymi zasadami gardzącej popkulturowymi podnietami, niepoprawnej politycznie buntowniczki i realnie patrzącej na świat nonkonformistki. Żartuje. Po prostu gdybym o nich nie napisała nigdy byście nie wpadli na to, że je lubię.

Owucealne Guilty Pleasure

Wsi spokojna, Wsi wesoła

Nie pochodzę z wielkiego miasta i nie spędzam wolnego czasu na dzikiej pogonie zawiłymi korytarzami „galerii” handlowych. W moim mieście jest ciut ponad pięć tysięcy mieszkańców a moi znajomi śmieją się, ze mnie, że pewnie się tutaj wszyscy znamy. Nie mylą się za bardzo.

Ciężko wyjść na ulicę zupełnie incognito. Zaraz ktoś zapyta: co u mamy, jak się czuje babcia albo czy tato pomalował już garaż. Jednak nie zmienia to faktu, że mieszkam w mieście. Mamy prawa miejskie, całkiem przyjemny rynek otoczony kwiatami i festyn raz w roku. Małe miasteczko na południu polski gdzie zatrzymał się czas. Wracasz tutaj zawsze. I nie, nie dlatego, że chcesz tylko, dlatego, że musisz. Znasz tutaj wszystkie chodniki i skróty. Znasz każdy zabytek i sklep. Wiesz ile czasu zajmie Ci przejście ze stadionu na rynek i z rynku na stawek. Próbowałam uciekać. Wrocław przez chwilę był dla mnie łaskawy, ale wróciłam. Bo musiałam. Bo tak chciało moje miasto.

Mamy burmistrza i radę gminy i mamy też całkiem sympatycznego proboszcza, co nie potrafi mówić kazań. Jest sklep, w którym kupując wszystkie emerytki z Warszawskiej i w którym dowiesz się wszystkiego o każdym. Mamy własnych panów żuli, którzy stoją po kilka godzin w jednym miejscu głośno komentując obecną sytuację w Polsce. Nieodpowiedzialne nowomodne matki. Lekarza szamana, do którego idzie się tylko po L4, bo na wszystko niezależnie czy masz raka czy zapalenie spojówek przepisuje Augumentin lub w drodze wyjątku Duomox. Societa upija się na zamku. Młodzież szuka szczęścia w Walii. A ja sobie tkwię i obserwuję.

I pewnie, dlatego oglądam „Ranczo” (boże powiedziałam to publicznie). Wszystkie sezony widziałam po kilka razy. Bardzo intensywnie utożsamiając się z Kusym, niezrozumianym artystą. Ej to naprawdę jest dobry serial. Właśnie o takich miasteczkach jak moje. Więc jeśli chcesz poznać moje miasto włącz sobie TVP 1 i przez srebrny ekran zasmakuj mojego skromnego życia. Wilkowyje – Otmuchów – Pierdiszewo wielkie. Ważne, żeby pamiętać skąd się jest. A ja jestem stąd. Z Otmuchowa. Z Warszawskiej.

Bańki z nosa? Znowu?!

Swego czasu przechodziłam poważne kryzysy. Kryzys twórczy. Kryzys wiary. Kryzys osobowościowy. Czasami mam wrażenie jakbym w głowie miała taką szufladkę z napisami „KRYZYSY” i jak jest za dobrze to ją otwieram a z szufladki wyskakuje bogu ducha winny kryzys i biega po moim mózgu doprowadzając mnie do nazwijmy to z braku lepszego określenia Stanu skrajnej nieużywalności.

Śmieszy mnie jak czytam „boże znowu mam depresję” na wspaniałym portalu społecznościom. Nikomu nie życzę prawdziwej depresji (i migren, bo to tez straszna bieda…wiem, bo mam). Nie życzę nikomu tego, że nie możesz podnieść się z łóżka, bo bolą Cię wszystkie mięśnie. Nie życzę godzinnych zmagań się z własnym ja, żeby coś zjeść, bo przecież masz anemie i nie chcesz znowu trafić do szpitala. Nie życzę kroplówek ani leków, które otumaniając twój umysł do tego stopnia, że wyglądasz jak chory na katatonie. Nie życzę bezsennych nocy lub budzenia się z krzykiem. Nie życzę nikomu depresji.

Wracając do tematu. Kiedy nadejdzie TEN DZIEŃ, że otwieram szufladkę z napisem KRYZYS, bo jak każda kobieta dopadają mnie dni „jesteś brzydka, gruba, nikt Cię nie kocha, masz krzywy nos, twoje włosy wyglądają jak siano” i Pan Kryzys miło rozsiada się obok mnie biorę chusteczki, zawijam się w kołdrę i wyglądając jak płód walenia leżę wpatrując się w ekran i puszczając z nosa bańki, bo…

…no właśnie to, BO jest najciekawsze.

Nie słucham depresyjne muzyki, ani nie zabijam się przemyśleniami. Włączam wtedy „Zmierzch”. Tak moi mili państwo. Włączam Zmierzch i bez żenady rozpływam się nad ckliwą miłością Belli I Edwarda. Cierpiąc razem z główną bohaterka nad żałosnością ludzkiej egzystencji dopinguje ją, aby w końcu na zawsze zdobyła Edwarda i byli szczęśliwi. Mój stan umysłu pomniejszony do rozmiarów embrionu tak bardzo rozumie wtedy Bellę i jej naiwna miłość do świecącego „wampira”. Na te kilka dni zamieniam się w nastolatkę w koszulce „Team Edward” i płynę razem z nurtem Kryzysu.

A potem wracam do Normy i zastanawiam się patrząc na siebie z obrzydzeniem, „co ja właśnie zrobiłam”.

Kryzysy to zły czas dla Owcy.

Monobrew, steampunk, Poe i sieroty

Dużo czytam. I naprawdę czerpię z tego satysfakcję. I nienawidzę się za to, że nawet jak książka jest strasznie słaba to licząc strony musze dobrnąć do jej końca i dopiero wtedy oddycham z ulgą. Zawsze czytam zakończenia na samym początku (jest to dla mnie tak normalne, że wszyscy, których znam spoilerują mi zakończeniem) i nie uważam tego za coś złego. Za popsucie sobie przygody czy coś. Po prostu tak robię i już. Ja i Książki to w ogóle osobny temat. Mocno odbijający od normy. Niektórych książek nie czytam z zasady a niektóre czytam tylko, dlatego, żeby wiedzieć, na co mam narzekać (50 twarzy Graya na przykład przeczytałam, dlatego). I zdaję sobie sprawę z tego, ze jak wpadnę w temat książek to niektórzy ze słuchaczy mają serdecznie dość na temat wywodzenia się nie nad sama treścią tylko właśnie nad okładkami, grafikami na nich, oprawami, przeszyciem, zakładką, wydaniem etc. Mistrzem słuchania tego jest Umbra. I ukłon w jej stronę, że jeszcze nie mam odbitych na twarzy pięciu palców. Ogólnie wychodzę z założenia, że jeśli coś nie pasuje mi w książce musze o tym powiedzieć głośno i już. Nie patrzę na konsekwencję. Bez skrupułów piszę pełne inwektyw pisma do wydawnictw wprost pisząc, co o nich myślę. Umbra powtarza, że będzie się musiała nieźle nagimnastykować, kiedy w końcu zechcę coś wydać. No cóż…jestem artystą mam do tego prawo, a ona, jako mój menager i PR-owiec ma za zasadnie mnie chronić. Czyż nie jest tak?

Zmierzch Akademii Wampirów. Dary anioła z Domu Nocy. Niezgodna z Igrzyskami Śmierci etc. Okej. Literatura młodzieżowa zwana Paranormal Romance (poprawcie mnie, jeśli się mylę) niezwykle mocno rozwinęła się na rynku. Ja to szanuję. Nikt nie każe mi przecież tego czytać. Jednak uważam, że czasami MŁODZIEŻ powinna przeczytać coś dobrego.

I tak samo jest z dziećmi. Jak patrzę na niektóre książeczki dla dzieci mam wrażenie, że są one wyprodukowane dla ograniczonych umysłowo osobników. Patrzę i nadziwić się nie mogę. Bo gdzie stara dobra Wanda Chotomska albo Mistrz Andersen? (Dlatego miłuję mojego wujaszka i jego żonę, że mojej kuzyneczce Hani kupują „pradawne bajki”).

No, ale…

Buszując kiedyś między półkami i szukając książki dla mojej prywatnej siostry znalazłam coś, co przykuło moją uwagę. Czerwona książka w twardej oprawie z intrygującym rysunkiem przedstawiającym jakiegoś dziadka, co ma monobrew i tytuł tej książki Przykry początek. Czy dostając coś takiego w swoje dłonie mogłam odmówić? I tak w moje posiadanie wszedł pierwszy z trzynastu tomów Serii Niefortunnych Zdarzeń.

Ja wiem mam 25 lat i nie wypada. Nie wypada też ciężarnej iść w białej sukni do ślubu. I kierowcy jeździć po pijanemu. Wiele rzeczy nie wypada. Bo jak to „stara rura” czyta bajki dla dzieci? Nie moja wina. Jestem absolutnie zakochana w rodzeństwie Baudelaire, których przygody kończą się źle i wuj Olaf zawsze ucieka. I kocham dedykacje na okładce, które autor pisze do Beatrice. Kocham patrzeć na moje 13 tomów od Przykrego Początku do Końca Końców przewertowanych przeze mnie tyle razy, że okładki, chociaż twarde, nieco się już pogięły. I bawi mnie, kiedy patrzę na półkę a tam trzynaście tomów opowiadanie dla dzieci stoi między Cmentarzem w Pradze a Diuną a na nich dumnie leży Pani na Czachticach.

Wrzućcie na dystans. Czytajcie bajki…bo w razie no wiecie NAGŁEGO POSIADANIA DZIECKA będziecie wiedzieć, co dać mu do czytania.

 

Jezus, jakie to ohydne!

Sklepy „wszystko po 4 zł” to taka moja mekka. Zawsze kupię sobie tam jakiś strasznie potrzebny mi do niczego słoik albo gumki do włosów lub długopisy. I co tam, że wszystko jest MADE IN CHINA. Teraz wszystko jest made in china. Jak widzę coś Made in France albo Made in UK to jestem tak zdziwiona jakbym właśnie dostała gwiazdkowy prezent, chociaż jest czerwiec.

Nie raz nie dwa miałam przygody z takimi sklepami. Wazoniki, podstaweczki, kubeczki, kieliszeczki. Kupuje tam wszystko, czego po utracie nie będzie mi szkoda, bo wiem, że pójdę tam znowu i nabędę dokładnie takie same COŚ.

Jako osoba mocno przywiązująca się do rzeczy (Palachniuk by mnie znienawidził za to zdanie) nie lubię kiedyś ktoś stłucze mój kubek, albo skarbonkę, która stoi, bo stoi i tylko zbiera kurz. Lubię swoje meble i gałąź, na której wiszą lampki i komplet dzieł słowackiego i stare pluszaki. I bardzo mocno nie lubię jak coś z tych rzeczy NIE Z MOJEJ PRZYCZYNY ulega zepsuciu. Dlatego hołduje kupowaniu rzeczy MADE IN CHINA.

Moja matka nienawidzi, wprost kiedy uszczęśliwiam ją nowym zestawem słoików na przyprawy albo zabawnym płotkiem na klucze. Łapie się wtedy na twarz i wypowiada najbardziej polskie ze słów, kręcąc przy tym głową. Moja matka nie lubi PRZYDASI. Oj nienawidzi ich wprost. Minimalizm jest chyba jej ulubionym stylem. Doprowadza dom do sterylności i drze się na zmianę na mnie i mojego ojca (geny po tatusiu odziedziczyłam), kiedy przynosimy do domu coś, co jest absolutnie niepotrzebne, ALE KIEDYŚ MOŻE SIĘ PRZYDAĆ. Garaż i spiżarka w moim domu to takie miejsce gdzie czarna dziura usiadłaby i zapłakała, bo nie dałaby rady wszystkiego pochłonąć. Cukier koło żarówek. Gumowce w niedziałającej zamrażarce. Benzyna obok zgrzewki koli. Matka musi nas mocno kochać skoro toleruje tez nasze Małe szaleństwa.

Ja jednak jestem gorsza niż mój ojciec. Bo on zbiera rzeczy MOŻE SIĘ PRZYDADZĄ ja natomiast nabywam rzeczy, dlatego, że mi smutno. Nie, że zakupoholiczka i jak mi smutno to kupuje. Nie ja kupuje, dlatego, że niektóre rzeczy są tak paskudne, że jest mu smutno, że na pewno nikt ich nie kupi. Boże kolejny żenujący fakt mojego życia.

Kupuje brzydkie rzeczy i ukrywam je u siebie w szafkach przed sokolim wzrokiem mojej matki. Krasnala bez jednego oka. Pluszaka ze złym przeszyciem. Ramkę w muszelki.

To bardzo dziwna odmiana chomikowania. Obawiam się jednak, że kiedy moja rodzicielka odkryje prawdę to ja zostanę takim smutnym przedmiotem bez jednego oka i z oderwaną nogą.

Dlatego cicho…o tym nikt nie wie…

Jaki piękny ślub, jaka piękna panna młoda

Już dawno powiedziała, że nie będę posiadać dziecka. Nie nadaję się do tego. I chociaż Umbra z uporem maniaka przy każdej naszej dyskusji na ten temat mówi, że wtedy myśli się zupełni inaczej ja dalej uparcie twierdzę, że nie chcę i już (boże zabrzmiało to jakbym nie chciała jeść pomidorów).

Dziecko wiążę się z posiadaniem męża oraz ze ślubem (mówię o utartym w społeczeństwie przekonaniu). A uwięzienie pod złotym pierścionem i przysięgą „na zawsze”, przeraża mnie chyba bardziej niż jazda samochodem. I nie chodzi tutaj o wierność i czystość i inne te badziewne hasła dotyczące partnerstwa. Ja po prostu nie widzę się w roli żony. Jeszcze nie teraz. Nie jara mnie wspólne oglądanie telewizji albo wybieranie kanapy do salonu. Obiad u teściów i plewienie działki. Instytucja małżeństwa jest dla mnie mocno abstrakcyjnym pojęciem.

Jest to tym bardziej dla mnie dziwne (o bogowie znowu się na to odwołam), że na portalach społecznościowym, kiedy ledwo otworzę oczy i włączę komputer dopiero robiąc pierwszą kawę, więc wstanie pół snu, po oczach rażą mnie zmiany statusów na: w związku oraz zdjęcia dzieci w ilości, której mój mózg z rana nie może przyjąć. A wszystko to dodają dziewczyny, z którymi głośno składałam śluby panieńskie. Ostatnią ostoją „normalności” jest moja Alex, która podobnie jak ja dziwi się całemu temu boom na śluby i dzieci. Nie szykuje się jeszcze na menopauzę. Może kiedyś dostanę powołanie. Póki, co. Sex Drugs and Rock’n’Roll.

Tu chyba nawet nie o same dzieci chodzi. Bo i tak świat podszedł do przodu od schadzek po kryjomu i spacerów z przyzwoitką do wolności seksualnej i związków na kocią łapę. Jednak białe sukienki działają na mnie jak czerwona płachta na byka.

Z Fobiami należy walczyć. Arachnofobie zwalcza się dotykaniem tarantuli a Akrofobie wywożeniem delikwenta na dach wieżowca. I ja chyba z moją fobią sukienkową walczę tłumacząc ją na swój sposób.

Raz w roku przychodzi taki czas, którego Umbra nienawidzi. Owca dostaję Ślubnej gorączki. Śledzę najnowsze trendy w modzie damskiej rozpływając się nad propozycjami Very Wang i Caroliny Herery. Topie się oglądając kapelusze projektu Diora. Przeglądam biżuterie hand made i naszyjniki od Tiffanego i planuje. Planuje przyjęcia z bajek. Od koloru serwetek przez oprawę muzyczną aż do koloru krawata pana młodego. Z wypiekami na twarzy oglądam kreatywne zdjęcia ślubne w głowie budując plenery dla własnych kadrów. Zalewam ją toną linków z sesji plenerowych i reportaży. Filmikami ze ślubów i przygotowań. Pokornie to znosi. Bo musi. Wyjścia nie ma. Takie tygodniowe guilty pleasure starcza mi na cały rok kiedy dalej głośno manifestuje moja nienawiść do białych sukienek.

A może by tak jeszcze coś napisać?

A może jednak dam już sobie dzisiaj z tym spokój…bo chyba wystarczy żenady jak na pierwszy raz.