Kontakt O mnie Współpraca Portfolio
0

Owca vs. Związki

Bywają różne koncepcje związków a każda jest tak odmienna, że zbudować jakiś kanon i zamknąć go w ramach jest praktycznie a wykonalne. Od rewolucji seksualnej do związków do końca i na zawsze. Ile ludzi tyle teorii. Jak żyć panie premierze?

Zbudowałam już dawno mur. Dość wysoki. Ogrodziłam fosą i posadziłam ciernie. O ja samotna i biedna. Błąd! Od jakiegoś czasu dochodzę do wniosku, że życie sam na sam ze sobą i doskonalenie samego siebie jest najlepszym związkiem, jaki mógł powstać. Osiągnięcie harmonii jest tak samo ważne jak jedzenie czy spanie. Im dłużej przebywam ze sobą i sama ze sobą rozmawiam (zaleciało chorobą psychiczną nieco) utwierdzam się w przekonaniu, że z każdą chwilą staje się lepsza. Każdy, kto mnie zna nie raz nie dwa słyszał „mój mózg jest doskonały” albo „gdybym mogła to bym się hajtała z własnym mózgiem”. Bo ja zawsze mam rację. Ja to wiem. Inni to wiedzą, ale się nie przyznają. Świadomość, jaką zdobyłam przez no niejako 25 lat mojego życia owocuje teraz świadomością tego, co mówię i tego jak wyrażam się na temat związków. A tutaj moi państwo mam niezwykle wiele do powiedzenia.

Pan od imprezy

Miałam może 14 lat, kiedy zakochałam się po raz pierwszy. Z całym teatrem emocji i tym wielkim BOOM na badziewne motylki w brzuchu i rumieńce przy idiotycznych komplementach. Na samym początku pojawił się element nowości tak zwany „klasyczny palant doświadczony uczuciem wyższym”. Wtedy związek był dla mnie czymś nowym. Nowym stanem świadomości i czymś naruszającym dawno określony światopogląd. Trzymanie za rękę. Urwane słowa. Spacery. Odprowadzenie po szkole pod dom. Rozmowy o niczym. Z biegiem czasu wydaje mi się to po prostu śmieszne. Jako 14 latka należałam już do wielu grup społecznych wiodąc w nich prym bądź będąc członkiem na wysokim stanowisku. I tak w mieście na południu polski stworzyłam z trójką przyjaciółek enklawę, do której dostanie się było darem. Każdy wiedział jak wspaniałe robimy domówki. Każdy wiedział, że to my. Logicznym, więc jest, że niejako mój ówczesny ukochany stał się częścią tej grupy. Nie odstępowaliśmy się na krok podając sobie kolejnego skręta lub przybijając kieliszki wznosząc górnolotne toasty. Rozkoszowaliśmy się nocą w głowie mając nie do końca legalne chemiczne środki. Było jak w bajce. A potem przyszła zazdrość. Nie taka zdrowa. Bardzo obsesyjna. Ja byłam ta zazdrością. Chodzącą kulą zazdrości, która zacieśniłaby się na szyi oblubieńca gdyby tylko spojrzał na inną. Koncepcja tej idealnej miłości jak można się domyślić siadła dość szybko. Po związku został gorzki posmak mdma, spacery w świetle księżyca i rachunki wystawiane przez wykształconych ludzi dla moich rodziców za terapie u psychologów.

Nienawidziłam każdego mężczyzny. Od kuzynów przez kumpli po własnego ojca. Byli dla mnie bezkształtną masą niezdolną do jakichkolwiek uczuć. Rzuciłam się w wir imprez. I jak w somnambulicznym tańcu wracałam nad ranem do domu padając do łóżka mając jednak świadomość, że gdzieś tam właśnie kogoś skrzywdziłam. Bardzo mi się to podobało. Ciężki zapach perfum, jaki zostawał na moim ciele był jak myśliwskie trofeum. Oszukiwałam samą siebie. I powiem, że wychodziło mi to wyśmienicie. Depresja zabijała mnie wewnętrznie a nienawiść zamieniła się w ból. Palący od wewnętrznie ból wypełniający każdy nerw ciała. Nie było jednak dla mnie problemem by przed kolejnym wyjściem do idealnego makijażu dobrać idealny uśmiech. Niespójność, jaka opanowała mój umysł była destrukcyjna jak nic innego w moim życiu. Igrałam z ogniem. Parząc dłonie i ponownie wkładając je w żar.

Pan od Xboxa

Nie jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego rzuciłam szkołę. Nie wiem do tej pory, co chciałam udowodnić. Mając 16 lat i głowę wypełnioną hasłami nie jesteś w stanie racjonalnie myśleć, a każdy pomysł wydaje się idealny. I chyba właśnie tak rzuciłam szkołę. To jednocześnie śmieszne i przykre, bo z czasem zrozumiałam, jaki popełniłam błąd. Ten krok jednak dał mi nowe emocje i nowe obserwacje. Wyjechałam z mojego miasta do Opola by tam dać sobie czas i szansę na ułożenie wszystkiego od początku. Ironią jest fakt, że do Opola wyjechałam nie sama a z człowiekiem, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej był głównym powodem mojej depresji. W internacie nie widywaliśmy się praktycznie wcale. Ja miałam swoje nowe towarzyszki on kumpli. Wróciliśmy do normy. Szkoła jednak nie okazała się punktem, który w owym Opolu był dla mnie najważniejszy. Wiecie jak to jest, kiedy wchodzicie do pokoju pełnego obcych ludzi i oni wszyscy patrzą na was i szeptają. I tak było i z tą szkołą. Wspinałam się na wyżyny egoizmu i arogancji. I tak poznałam człowieka, który miał być moim szczęściem. Paliłam papierosa a ze słuchawek miło dudnił Eldo. Tym bardziej zdziwiłam się, że ktoś ma nie tylko czelność przerwać mi moment tej kontemplacji, co jeszcze spoufalić się i poklepać mnie w ramię. Kłóciliśmy się o wszystko. Od faktu, że zapałki, które kupił są do dupy o oskarżenie, że autobus spóźnia się przeze mnie. Miałam godnego przeciwnika. Jego dom stał się moim domem. Xbox, papierosy w tonażu, nalewka jego mamy i łóżko. Na tym zamknęły się ramy tego związku. Psuliśmy się nawzajem. Młodszy o rok paniczyk dawał mi to, czego mi brakowało. Emocje, które dawno zostały uśpione a które on obudził jednym prostym klepnięciem w ramie. Nie zepsułam tego. Do ostatniego mojego dnia w Opolu szeptałam mu, że wszystko będzie dobrze. Nie było. Nie widywaliśmy się a puste rozmowy telefoniczne i smsy nie były w stanie zastąpić bliskości. Ostatnio dowiedziałam się, że mieszka w Hiszpanii. Ma starszą żonę i dziecko i jest szczęśliwy. I krzyż na drogę. Mam nadzieje, że dalej masz tego Xboxa.

Nie płakałam. Może raz. Ale nie z żalu. Ot dla zasady, bo wypadało. Nie było mi też przykro. Przeszłam nad tym do porządku dziennego. Ktoś był. Teraz go nie ma. Nie miałam wpływu na to, że wyjechałam, chociaż miałam świadomość, że to z mojego powodu ponownie rozpadł się mój kolejny jakże wspaniały związek. Wróciłam z Opola do swojego miasta. Porzucając wszelakie nadzieje, że jeszcze kiedyś uda mi się stworzyć coś chociażby na wzór tego, co stworzyłam w Opolu. Znowu zaczęłam chodzić po barach (jestem Polakiem alkohol jest odpowiedzią na wszystkie moje pytania, więc nie ma się, co dziwić, że los kierował mnie właśnie tam). Szukanie kogoś godnego uwagi naprawdę nie należy do prostych poszukiwań. Doświadczona tym, że nie mogę być zazdrosna i że najlepszy byłby ktoś stacjonarny, selekcjonowałam mężczyzn. Jednego po drugim. W oślepiających światłach jak ćma szukając celu. A Cel był bliżej niż myślałam.

Pan od Rapu

Kamienica to takie miejsce, które rodziło się na moich oczach. Pamiętam, jako było jednym z trzech barów w moim mieście. Chodzili tam wszyscy moi znajomi. Wtedy był to jeszcze dość kameralny bar gdzie zawsze wchodziliśmy na piętro, gdzie moja wysokość była wysokością akuratną, gorzej z moimi kumplami, którzy musieli kucać żeby do mnie przemówić stojąc. Był tam stół do pokera i stara pokiereszowana kanapa, na której kochałam siedzieć. Mogliśmy tam palić, co było dla nas dość odpowiednie zwłaszcza, że po pijaku schodzenie po schodach narastało do wyprawy na Mount Everest. Światło było tam też przyjemne. Pół cień. Dym. Kanapa. Karty. No jak się kurwa w takich warunkach nie zakochać? On mnie słuchał. Imponowało mu to ile wiem o rapie, jak z pamięci potrafię wyrecytować większość kawałków Pezeta i jak z sentymentem mówię o Fenomenie. Słuchał mnie. Rzucał ciekawostkami. Zakładał swojego ogromne słuchawki na moje uszy i karmił mnie muzyką. Mówiliśmy do siebie rapowymi kawałkami. Nie było to zwykłe werbalne doświadczenie. Miało namiastkę czegoś metafizycznego. Uczyliśmy się od siebie. Nigdy nie rozmawialiśmy o przeszłości ani przyszłości. Było tu i teraz. Ta chwila. Ta kanapa. Ten pocałunek. Staliśmy się sobie bliscy. Jarało mnie to, że dzwonił o 4 nad ranem, żeby powiedzieć, że mam włączyć komputer, bo właśnie wysłał mi zajebisty kawałek. Nie jestem w stanie przywołać tego, co wtedy czułam. Nie wiem czy kochałam. Wiem, że czułam radość, że znalazł się ktoś, kto mnie rozumie. Ktoś rozumie „chce być sama” i nie idzie za Tobą tylko daje Ci po prostu czas. Byliśmy nierozłączni. Jednak koncepcja wolnego związku umarła, kiedy na jednej z imprez obok niego usiadła ona. Zgrabna cicha blondynka. Obraz tego jak nie odważył się na mnie spojrzeć mam do tej pory w głowie.

Nauczona poprzednim doświadczeniem nie dałam sobie czasu na żal. Potraktowałam to, jako upadek i robiąc na przekór całemu światu pokazywałam się wszędzie i wszystkim doszukując się winny w nim. Bo broń boże we mnie. Koncepcja wolnego związku do tej pory jest dla mnie czymś, na co patrzę z obrzydzeniem. Kluczem związku wtedy, po tym upadku, była dla mnie perspektywa tego, że mówię o kimś, że nalży do mnie tak jak ja należę do niego. Potem długo, długo było nic. Ot nic niezobowiązujące spotkania, z których wychodziłam śmiejąc się z kretyńskich dowcipów. Zaczęłam obserwować. Nauczyłam się, że rozum i logiczne myślenie nie jest tym, co mężczyzna chciałby zobaczyć w kobiecie. Inteligencja u kobiety jest jak kryptonit dla supermana. Nie poddałam się jednak chwili. Nie dałam sobie szansy na sprawdzenie czy kiedy będę głupia nie będę samotna. Duma i honor nie pozwalały mi na to. Przestałam szukać.

Pan od Gry

Dom jest tam gdzie jest wi-fi. Gdzie jest wi-fi tam Owca jest szczęśliwa. Internet jest był i będzie jedną z ważniejszych rzeczy w moim życiu. Jak mieszkasz w mieście jak moje oprócz dobrej zabawy jest też wybawieniem. Możesz konwersować z miliardem znajomych, których widujesz dwa razy w roku na zlotach. A potem wracacie i przez kabel znowu układacie historie w innym uniwersum sprawiając frajdę swojemu umysłowi, że jeszcze nie do końca się zlasował. Tak lubię pisać (you don’t say – jak to mawia moja siostra), więc fakt, że przez kilka godzin w ciągu dnia mogę zostać moją Beatrice sprawiało mi dziką frajdę. MMORPG stało się alternatywą dla Warhammera, którego porzuciłam jak kochanka. Gram tam odkąd pamiętam. I nawet pisząc tą notatkę mam świadomość, że muszę tam wejść. I grał tam On odkąd pamiętam. Nie wiem jak się poznaliśmy. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć. To tak jakby się nagle pojawił i został już na zawsze. A nasza wieczność była ze mną przez wszystkie moje związki. Słuchał. Analizował. Pomagał. Pocieszał. Czasami opierniczył jak burą sukę. Było to bardzo przyjemne, że ktoś na drugim końcu kabla jest w stanie w jakimś, chociaż szczątkowym punkcie pojąć twoje emocje. Lubiłam wrócić z imprezy i siedzieć z nim do rana, żeby przeczytać „obczaj słońce wschodzi”. Przyjaźń w czasach internetu wyglądała właśnie tak. Potem znikał. Potem się pojawiał. Wiedziałam, że zawsze był. Był mój i już. Grudzień dał śnieg. Przyszły święta. Przecież trzeba wyrobić jeszcze cegły i wysłać illanias do alchemików. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby wejść na grę. Kiedy z niej wyszłam. Nie byłam już tą samą Owcą. Popadłam w letarg. Słowa napisane przez niego odbijały się echem po mojej głowie. Stworzyliśmy miłość. Niesamowitość tego, co właśnie się działo nie pozwalało mi przestać o nim myśleć. Przez naprawdę długi czas. Wysyłam mu życzenia w styczniu on, jeśli pamięta skrobnie coś w październiku. Tak popsuliśmy coś, co było niemal mistyczne.

Nie dostałam depresji. Nie płakałam. Popadłam w letarg. Tysiące razy uśmiercałam go w głowie. Wena siedząc dzielnie przy moim boku przeskakiwała po klawiszach komputera. Nie wiedziałam jak twórczy i plastyczny może być mój umysł. Stałam się twórcą. Kreowałam miliony światów a w każdym ginął on. W jakiś kolejny niesamowicie spektakularny sposób a ja po każdej jego kolejnej śmierci odchodziłam bóg wie gdzie i bóg wie, po co by odrodzić się jak feniks i pisać od nowa i znowu go zabijając. Może to był mój sposób na poradzenie sobie z tym. Urwałam praktycznie wszelakie kontakty z ludźmi z miejsca gdzie spędzałam pół życia. Paliłam mosty patrząc jak płoną stojąc na skraju i rozkoszując się widokiem płonących polan i desek. Na zawsze zamknęłam serce (jakie to poetyckie) utwierdzając się w przekonaniu, że nie warto. Zaczęłam doskonale siebie rozumieć. Pewna zwycięstwa rozumu nad sercem powróciłam do życia.

Pan od zasad

Nie macie pojęcia jak człowiekowi jest dobrze samemu ze sobą. Kiedy osiągasz stan zen i gdybyś tylko zechciał przenosiłbyś góry. Człowiek niezwiązany ramami i schematami naprawdę czuje wolność. Robisz, co chcesz. Kiedy chcesz. Mówić i myślisz, co chcesz. I nagle wszystko zaczęło się układać. Szkolne zaległości nadrabiałam z prędkością światła. Praca pozwalała na nabywanie książek i wyjazdy na Śląsk. Osiągnęłam stan absolutnej harmonii. Kiedy wychodziłam z moją Aleksandrą śmiałyśmy się ze wszystkiego i wszystkich. Chodząc na lokalne „festiwale” pozwalałyśmy sobie na poznawanie nowych ludzi. Mile łechtało nasze ego, kiedy mówili, że to niesamowite, że jesteśmy całkiem inne niż ludzie o nas mówią. Kiedyś w pijackim amoku gdzieś go dostrzegłam. Intensywnie starając się sobie przypomnieć skąd go znam uprzejmie wyjaśnił miejsce i czas. Był miły. Pachniał słońcem. Wyrażał się niczym wyjęty z XIX wiecznej opowieści Jane Austen. Zdobył mnie od pierwszej chwili. Przewróciłam dla niego swój świat. Miał oczy barwy burzy warte grzechu. Zmieniłam wszystko. Od sposobu mówienia, poprzez sposób ubierania do sposobu myślenia. Popadając w stan absolutnego zakochania stałam się jego marionetką. Był on potem byłam ja. Oddawałam mu każdą komórkę swojego ciała. Przestałam rozmawiać ze starymi kumplami, przestałam sama wychodzić. Nawet czytałam i myślałam tak jak chciał. Absolutny brak mózgu. A potem mnie zostawił. Z dnia na dzień nie dając znaku życia. Od wtedy do teraz mam mu to za złe.

Śmiali się ze mnie, że szukam winy w sobie. Kpili ze mnie mówiąc, że to było do przywidzenia. Nie rozumiałam jak oddając się komuś w stu procentach można dostać taki policzek. Jakbyście z jednego powodu składali się w całkiem nową postać. Płakałam. Cierpiałam. Potem popadał w stan absolutnej stagnacji. Miałam wrażenie jakbym już nigdy miała się nie uśmiechnąć. Nie miałam ochoty rozmawiać, jeść, chodzić. Bałam się dni, bo co bym nie robiła myślałam o nich. Bałam się nocy, bo ilekroć zamknęłam powieki widziałam jego twarz. Potrzebowałam dużo czasu, żeby wrócić do normy. A wróciłam do normy bardziej niż mogłam sobie to wyobrazić. On ma teraz syna. Ja mam wolny umysł. Maturę za sobą. Kilka groszy na koncie. Uśmiech na twarzy i masę pomysłów na nowe życie. W całym tym tumanie wspaniałości nie ma tylko jednego „faceta”. Bo tak po prawdzie, po co mi on?

W wieku 25 lat z pełną świadomością mogę powiedzieć, że z wyboru jestem sama. Nie potrzebuje męskich ramion, które uwolnią mnie od smutków, ani trzymania się za ręce. Nie potrzebuje tego. Kumple pozostali kumplami. Nie mam ochoty targać się znowu na jakieś skomplikowane sytuacje, które tylko pogarszają mój stan zamiast jakkolwiek mi pomóc. Nie mam dzieci. Nie mam faceta. I wiecie, co: Jest mi z tym niesamowicie wspaniale. I chociaż czasem łapie mnie kryzys otrzepuje po chwili pysk biorąc na warsztat wszystkie swoje doświadczenia.

Bądź wolny.

Związek to kredyt. Związek to ślub – bo dziecko. Związek to teraz pewien rodzaj stabilizacji. Związek to skoki w bok. Związek nie ma nic wspólnego ze starymi ideałami. Trafił je szlag jak większość rzeczy w naszym obecnym świecie.

Błogosławić tym, co są razem z miłości. Jesteście na wymarciu. Miejcie tego świadomość.