Kontakt O mnie Współpraca Portfolio
IMG_0246

Byłam hipsterem

To on stworzył Owcę. On uczył mnie jak być sobą w każdym procencie swojego istnienia. Zamknęłam go w skrzyni. Zapieczętowałam zaklęciem. Nie ruszałam kilka lat. Nie pozwoliłam sobie na to. Zapomniany kochanek zwany Wrocławiem. Wskrzesiłam go. Puszka Pandory została otwarta.

Są takie rzeczy, których się nie rusza. Nie dotyka się ich i już. Zapieczętowane na sto lat, pozostają nieotwarte. Każdy o tym wiem. Dlatego porządek w skrzyni mojej sofy odkładałam „na jutro”. Jutro nastało. Wspomnienia wylały się ze straszną siłą. Przywołałam Wrocław w sposób tak dobitny, że sama nie wiem, co czuje. Temat postu rąbnęłam niczym Rosiek na swojej nowej książce, ale właśnie to było pierwszym moim skojarzeniem, kiedy zaczęłam przeglądać miliony ulotek, zdjęć, notatek zebranych przez 3 lata pobytu we Wrocławiu. W głowie krążyły mi inne pomysły na tekst. Bo i jakaś chora MODA NA FESTIWALE, (ale tego tematu nie podaruje), wielkie oburzenie pod sztandarami głupich idei, Recenzja ostatniego obejrzanego filmu. I wszystko trafia szlag, bo przez własną nieuwagę otworzyłeś puszkę Pandory. Nie nauczę się nigdy, że nie rusza się tego, co nie wolno.

Miałam się tam przeprowadzić i ambitnie po kolejnej porażce edukacyjne jednak podjąć nauczanie. Jako osobnik głupi i buntujący się przeciwko wszystkiemu rzeczą oczywistą raczej jest, że owe nauczanie było czymś ostatnim na mojej liście życzeń. Miał ze mną jechać najlepszy przyjaciel i przyjaciółka. Co więcej chcieć od życia? Komu do szczęścia potrzebna szkoła? Miałam posmakować samodzielnego życia. Podobała mi się ta wizja. Absolutna wolność i rewolucja w życiu. Jako waga spod żywiołu wiatru kocham zmiany. Drżałam na samą myśl o przeprowadzce. Zobaczyliśmy setki mieszkań zanim zapakowaliśmy Forda mojej przyjaciółki i po prostu zdecydowaliśmy się na to jedno jedyne. Nic nie równa się z tym, co czuliśmy wnosząc nasze stare życie do nowego mieszkania. Absolutna doskonałość. Mieliśmy dwa pokoje. Małą łazienkę z wanną i mikroskopijną kuchnię no i balkon. Balkon był centrum naszego mieszkania. Balkon, na którym stały miliony świeczek stół i krzesło. Ja wychowana na obrzeżach miasta byłam jak nowo narodzona poznając uroki życia na osiedlu. Tysiące zapachów i głosów dobiegających zewsząd. A każdy chciałoby się zapisać i zapamiętać na zawsze. Przesiadywaliśmy tam godzinami. Opowiadając kolejne bzdury, jakie spotkały nas za dnia. To był piękny czas. Zakochałam się we Wrocławiu a on zakochał się we mnie. Byliśmy idealną parą, tak bardzo rozumiejącą potrzeby drugiego. Kochałam go. Naprawdę go kochałam.

W naszym mieszkanku żyliśmy w idealnej symbiozie. Wieczorami jedliśmy popcorn z Żabki i oglądaliśmy pradawne filmy na kasetach. Zaginiony w akcji. Rambo – pierwsza krew. Nieśmiertelny. Po co komu DVD, kiedy VHS po wyczyszczeniu głowicy śmiga tak doskonale? Najwięcej śmiechu mieliśmy, kiedy oglądaliśmy kasety z komunii. „I wam księże dziekanie, za łaski, co na nas spłynęły” – do tej pory pamiętam pierwszy wers mojego wierszyka z komunii. Brzmiałam jakby ktoś trzymał mi nad głowa topór. Tak to bawiło mnie zawsze najbardziej. Mieliśmy też taką kasetę Protector of Universe, którego moja przyjaciółka zdecydowanie nienawidziła. A ja godzinami mogłam oglądać Mazingę 7 w akcji, która mówiła głosem Tomasza Knapika (jeśli nie znacie tego lektora to jesteście gimbazą). Phillips, na którym oglądaliśmy owe kasety był moim darem komunijnym. Ogarnijcie, więc, że do supernowoczesnych to on nie należał. Było nam to bez różnicy. Antena ściągała TVP 1, TVP 2, Polsat i lokalną telewizję. Oglądaliśmy jak leciało. Ważne, żeby coś do nas gadało.

Kiedy zaczęłam ogarniać rozkłady jazdy tramwaji bardzo często jeździłam bez celu po mieście. Ot jazda dla samej jazdy. Nie robiłam nic konstruktywnego poza rozglądaniem się za kanarami. Nie nauczyło mnie to broń boże geografii miasta. Do tej pory wspominam jak razem z Luckiem zatrzymaliśmy się na zwrotnicy i przebiegaliśmy przed plac grunwaldzki przy asyście klaksonów i wyzwisk lecących z samochodów. Lubiłam jeździć tramwajami. To takie mikro pociągi. Kiedy nudziły mi się przejażdżki łaziłam po centrach handlowych. Arkady, Dominikańska, Pasaż czasami jak chciałam pooglądać fontanny jeździłam do Magnolii, kiedy zbudowali Renomę siedziałam tylko tam. Najbardziej lubiłam łazić po sklepach przed świętami. A moją własną prywatną Mekką było (i chyba nadal jest) Almi Decor. Nic nie równa się z tym sklepem. Doskonałe światło, doskonałe meble, doskonały zapach i muzyka. Na święta zamieniający się w pracownie św. Mikołaja. Jestem infantylna. Lubię takie klimaty. Od czasu do czasu robiłam zakupy w Almie pozwalając sobie na czekoladę z fiołkami za 12 zł albo na wyjątkowo wyczesany ser za 60 zł/kg. Celebrowałam jedzenie owego serca na podłodze w kuchni po tym jak wracałam na czterech z imprezy. Głośno rozprawiając o tym ile wydałam pieniędzy na kawałek śmierdzącego sera.

Nie było blogów. Była strona „dla studenta” i stamtąd czerpałam wiedzę. Znaczy inaczej. Oglądałam zdjęcia czy nie dostanę w środku korby, czytałam 3 wybrane komentarze a potem wychodziłam. Wracałam rano. Śmierdząc i śpiewając głupie piosenki, co doprowadzało do furii wszystkie sąsiadki Przeżyłam studenckie życie nie będąc na studiach. Handluj z tym. Nocne życie to było główne życie, jakie prowadziłam. Ilość wypitego alkoholu i godziny spędzone w „Za szybą” na ruskiej przekraczają ludzkie pojęcie. To był zdecydowanie mój „najulubieńszy” klub. W ogóle na Ruskiej trzeba było się pokazywać. Kiedy jednak mój stan wskazywał „królowa parkietu” szłam do Pasji. Zabójcze schody pamiętam do tej pory. To taki próg zwalniający nikt pijany nie wejdzie i nie wyjdzie. Architekt tego miejsca powinien stanąć w płomieniach. Chodziłam też do Alibi, bo całkiem zacne towarzystwo można tam było spotkać. Pogadać, a raczej przekrzyczeć muzykę i poznać kogoś, kogo rano i tak nie będzie się pamiętać. Miało to swój urok. A potem poznałam „klimatyczną stronę Wrocławia”. Kiedy przemykając cieniem naciągałam okulary przeciwsłoneczne tak bardzo, że później bolał mnie nos,( światłowstręt straszna choroba a ty i tak powiesz, że to kac)znalazłam ją. Gumowa róża znaleziona przez przypadek miała tak niesamowity osnuty wiśniowym dymem klimat, że nawet Dżem puszczany ze starych głośników nie przeszkadzał mi, kiedy wbita w pokiereszowana otomanę podstawiałam do lampki Aktivista żeby móc cokolwiek przeczytać. Mieli tam dobre piwo i sałatkę grecką. Lubiłam tam siedzieć dla samego siedzenia. Czasami rozmawiałam z barmanką. Wyjątkowo wredna kobieta. Jednak z potężną historyczną wiedzą. Wypijałyśmy czasami flaszkę wódki nie wiedząc, kiedy to minęło. Graciarnia, do której zaprowadziła mnie kiedyś koleżanka lesbijka oczarowała mnie. Czułam się jak Alicja, która wpadła do króliczej nory. Pub wyglądał jak mieszkanie starego dziadka. Wygodne fotele i kanapy. Mnóstwo teatralnych plakatów. Nie da się opisać tego miejsca. Otumanieni klienci, wszyscy uśmiechnięci i pełni pozytywnej energii. I w środku ja i mów papieros. Dekadencja mnie zawezwała. Do Salvadora trafiłam przypadkiem (jak to zwykle miałam w zwyczaju). Szukałam miejsca gdzie mogę się skupić, usiąść z zeszytem i długopisem (nie z netbookiem) napić się herbaty i tworzyć. Skusiły mnie rysunki na ścianach. Zegary. Weszłam i już tam zostałam. Mieli tam niesamowicie dobrą muzykę, chociaż mierną herbatę. Do tej pory nie wiem skąd muzykę brali, ale gdzieś mam jeszcze 2 czy 3 płyty ze składanką z Salvadora. Powstało tam dużo tekstów. Bo siedząc w fotelu pijąc ohydną herbatę i widząc się w wielkim lustrze naprzeciwko, litery same układały się w słowa, a słowa w zdania. Magia. Na pewno ktoś rzucił na to miejsce jakiś urok. A może to duch Dalego pląta się gdzieś między stolikami? Stara Kanapa, Bohema, Opium, Plan B i tak dalej. Milion miejsc, które naznaczyłam swoim jestestwem. A w każdym napisałam, co najmniej jeden tekst. Myślę, że gdybym mieszkała tam dalej, czekałabym właśnie na druk mojej kolejnej książki. Na pewno.

Czasami chodząc po mieście i przecinając dobrze znane sobie ulicy zahaczałam o jakiś „kiosek” a potem z naręczem gazet szłam do pubu urządzić sobie prasówkę. To niesamowite jak wiele wtedy wiedziałam. Sztapel gazet, jaki koło mnie leżał w przeliczeniu na herbatę równał się około 10 litrów (przez teinę popadłam w depresję…DZIĘKI HEBRATA). Machina (wtedy jeszcze na papierze), Bluszcz i niesamowite felietony, Wspomniany już Aktivist, Trendy Art of Living i wywiad z Malkovichem, który pamiętam do teraz, bo niekompetencja redaktorki doprowadziła mnie do furii, Film żeby być na bieżąco. Do tego w torbie zawsze miałam aktualny repertuar Capitolu, bo „odchamiać” się trzeba, kiedy miałam ochotę na kulturę wyższą wbijałam się w jedyną czarną sukienkę, jaką miałam i szłam do Opery. Tak. W takich miejscach też bywałam. Przynajmniej raz w tygodniu chodziłam do kina. Na cokolwiek. Lubię popcorn jak podeszwa i rozwodnioną colę. I lubię obserwować ludzi w kinie albo głośno chrząkać jak jakiś cham świeci mi telefonem po oczach. Takie hobby. I to właśnie we Wrocławiu pierwszy raz byłam na filmie 3d. Avatar. Fabuła tak żałosna, że 21 zł, które zapłaciłam za bilet musiało w kasie stanąć w płomieniach, kiedy moje myśli oscylowały wobec wulgaryzmów, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałam.

Jadłam na mieście, bo nie potrafię gotować (burżuazja a co!). Trzy dania kuchni hiszpańskiej każdemu by się znudziły. Jadłam w Miszmaszu, Słoneczku albo Jacku i Agatce. Dawali dobre jedzenie za śmiesznie niskie pieniądze. Śmierdziało tam PRL-em. Taki powrót do czasów z opowiadań. Zawsze był tam kompot (lubię kompot) i sztućce, o których zapomniał bóg. Ale 5 zł za obiad można było dać tylko tam. Bar Orientalny gdzie jedzenie nie miało nic wspólnego z kuchnią azjatycką był dobrą odmianą i zawsze dawali dzbanek sosu słodko ostrego. Przy pierwszej wizycie myślałam ze to jakiś rodzaj napoju. Dopiero po spróbowaniu okazało się, że tak nie jest. Żarło się w KFC, bo do MCD byłam zrażona po tym jak przepracowałam tam miesiąc to, co tam zobaczyłam do tej pory śni mi się po nocach. W KFC wcale nie było lepiej, ale wmawiałam sobie, że jest zdrowiej. Jakby w fastfoodzie mogłoby być zdrowiej. Litości. Na Sushi chodziłam do I LOVE SUSHI (chwytliwa nazwa) albo do 77 sushi (czy każdy bar sushi musi mieć sushi w nazwie?). Do tej pory koślawię jem pałeczkami a maki nabijam na widelec. Tak mi wygodniej. Wiwat Hedonizm. Jedna i w jednym i drugim zupa Miso nie spełniła moich oczekiwać. Na kawę nie chodziłam do Starbucksa kupowałam ja na placu dominikańskim, ale nie wiem czy to było Coffe Haven czy inny twór. Była dobra. W zimie mieli edycje świąteczne. Po dawce kofeiny i cynamonu trzy dni chodziłam do tyłu.

Program Festiwalowy recytowałam z pamięci. Wianki, Wrock for Freedom, Wroclove, Brave. Chodziło się. Oceniało. Oglądało. Piło i bawiło. Nie przeszkadzali mi ludzie obijający się o mnie. Nie przeszkadzał mi brak makijażu i kolorowe ubrania zalane piwem, jakie miałam na sobie. Bez żenady brałam od Ras Luty ognia w zadymionej palarni Hali Ludowej i nabijałam się z Grizzliego na Słodowej. Do tej pory pamiętam koncert Fisza, na którym Emade się pomylił i wszyscy bili mu brawo. Pamiętam szpalery kibli, do których nienawidziłam chodzić, ale hektolitry piwa robiły swoje. Chodziłam na streety siedząc pod ratuszem i jedząc jabłka, cykałam foty przypadkowym ludziom. Nie bałam się, że zagadają, że może będą się sprzeciwiać temu, że robię im zdjęcia. W tle mając festiwal kuchni staropolskiej czy inny dziwny twór. Wracając wskakiwałam do fontanny i śpiewałam głośno nowo poznane piosenki, albo szłam zmarnowana w strugach deszczu wymieniając pół uśmiech z Paxonem albo Mesjah mijając ich w drzwiach autobusu. A potem zaciekawiona obserwowałam żuli w tramwajach i ich magiczne torby. Zawsze zastanawiało mnie, co mają w środku. Nie poznałam tej tajemnicy.

Jedna skrzynia dała mi taką ilość wspomnień, że zamknęłam ją od nowa. Postanowiłam napisać tekst i zapomnieć. Dałam sobie jednak przyzwolenie na to, że kiedyś znowu ja otworzę, ale wtedy wspomnienia nie uderza mnie tak brutalnie.

Bo Kocham Cię Wrocławiu. I zawsze będę Cię kochać. Pamiętaj o tym.