Kontakt O mnie Współpraca Portfolio
tumblr_mp63wcO4Sh1r2b12jo1_1280

Grunt to bunt

„Czasy, kiedy na festiwal brało się stary, zniszczony podkoszulek i znoszone spodnie, minęły bezpowrotnie. Nie bez kozery mówi się, pisze i pokazuje modę festiwalową…” Że co przepraszam bardzo? Az tak bardzo się zestarzałam, że zmieniły się zasady wyjazdu na festiwal?

Bez urazy, ale blogerkom chyba pomieszało się w głowach. Po ich natarciu na prasę i telewizję myślałam, że to koniec. Bez kitu. Do festiwali też musiały wtrącić swoje trzy grosze? Będę prześmiewcza, bo innej opcji nie widzę. Na poważnie tego nie ogarnę. Kilka, no dobra, kilkanaście dni temu „oglądając internet” trafiłam na coś, co sprawiło, że zaniemówiłam. Po prostu kłapnęłam dziobem wydając bliżej niesprecyzowany dźwięk i zamilkłam. Myślałam ze to jakiś żart. Że to twór, który na być równie prześmiewczy jak mój tekst. Krew mi zmroziło, kiedy jednak okazało się, że owy artykuł jest całkiem na poważnie. Przeczytałam go raz. Potem przeczytałam drugi. Wydrukowałam i aż z niedowierzaniem pozaznaczałam najciekawsze fragmenty. Przypięłam na tablicę korkową. I nadal na niego patrzę. I nadal nie wierzę.

Jednak od początku. Lato to czas Festiwali. To wiemy wszyscy. Różne festiwale. Dla różnych ludzi. Bolków dla tych, co przewracają groby i jedzą koty. Ostróda dla ludzi, który myślą, że są rastamanami a zioło wyżarło im mózg. Woodstock dla brudów z włosami niczym kogut na kwasie. Hiphopfest dla narkomanów i dresiarzy z krokiem przy kostkach. Kluczem do udanego festiwalu, do udanej zabawy, jest absolutny brak zmartwień. Jak również tych ubraniowych. BŁĄD. Według blogerek to bardzo ważny element. A ja głupia myślałam, że jest inaczej i bezczelnie wyśmiałam mojego kolegę, kiedy na Woodstock, ja zabrałam ciuchy z dna szafy, a on koszulki z kołnierzykiem. On wiedział. On już wtedy wiedział, co należy robić. Fashionista. Śmieje się w twarz blogerkom i modzie festiwalowej. W ogóle termin moda festiwalowa brzmi jak jakiś bal przebierańców. Ja wiem, że naturalnym stanem jest dla człowieka nagość i każde ubranie to przebranie, ale kurwa, dress code na festiwal? RILI?!

Wracając jednak do artykułu. Bo poziom absurdu jest tu większy niż u Murakamiego czy Viana a to już sukces. „Bo festiwal to już nie tylko uczta dla wielbicieli muzyki. To także specyficzny styl bycia i życia. Przez te kilka dni zmieniamy wszystko, łącznie z garderobą” – Gombrowicz jest na pewno zadowolony z autorki tego tekstu jego GĘBA w końcu nabiera realnego znaczenia. Uczta dla wielbicieli muzyki…uczta…dla…wielbicieli muzyki. Jadę na festiwal po to żeby na żywo posłuchać ulubionej kapeli. Śmierdzieć potem i starać się sobie nie złamać karku pod sceną. Przesoczyście mam w dupie jak wygląda panna, która aktualnie wpadła na mnie w ściennie śmierci pod sceną. Zmiana garderoby w moim wypadku to zmiana długich spodni na krótkie spodnie i koszulek, które lubię na koszulki „do zajechania” o butach nie wspomnę, bo biorę te, w których „jest dostatecznie dużo podeszwy, żeby chodzić”. Boże to ja muszę wyglądać naprawdę jak lump. Rozbawiło mnie to. Jestem festiwalowym lumpem.

Kolejny akapit nazwany dumnie „Stylowo, ale wygodnie” jest jeszcze lepszy. Na marginesie kartki mam zrobione notatki, żeby moje złote myśli mi nigdzie nie umknęły. Moda festiwalowa inspiruje ulice ble…ble…ble utożsamiana ze stylizacją letnią. I dochodzimy do mojego ulubionego punktu: „ kuse, jeansowe szorty, koszulka z ulubioną kapelą i wygodne martensy”. Z moich doświadczeń wynika, że tereny około festiwalowe to klasyczna patelnia, pełno pyłu, pełno robali mniejszych i większych. Jak klapiesz tyłkiem w tych kusych jeansowych szortach to mrówki mają tak łatwy dostęp do twojej arse, że to aż przykre. Po dłuższych spodenkach nie dość, że mają dłuższa drogę to jeszcze masz czas na orient (nawet pod wpływem), że coś po tobie chodzi. Koszulka z ulubioną kapelą – okej. Nie neguje. Chcesz noś. Tylko błagam kojarz, chociaż kilka utworów owego zespołu. Nie noś koszulki, dlatego, że BASISTA JEST ŁADNY a już nie noś jej wcale (lepiej chodź nago), kiedy nawet nie wiesz, kogo masz na koszulce. Kiedy ja wyrażałam swoją miłość do Nirvany (liczę na koncert w PL w końcu) malowałam na czarnej koszulce napis żółtą plakatówką i robiłam ich klasyczny smile. To w moich czasach była manifestacja. Teraz koszulkę Nirvany znajdę w każdym kolorze, rozmiarze i wariacji z frędzlami, ćwiekami, ptaszkami i głośnikiem, jaki tylko mi się zamarzy. Jednak najlepsze i tak są martensy. Nigdy nie byłam miłośniczką martensów to takie glany dla burżuazji. Nie ma to jak pogo w butach za 300 zł. Doprawdy wybory fan. Zniszczyć coś wartego kupę kasy. Jeszcze najlepiej białe. Bo przecież pasują do stylizacji. Za hajc matki baluj. Autor doradza, że gdy zrobi nam się chłodniej założyć FLANELOWĄ KOSZULĘ, ponieważ owa koszula utożsamia „starą szkołę festiwalową”. Bardzo nie ma autor pojęcia, o czym mówi. I dalej ciągnie temat ubranie-przebranie. A tak swoją drogą jak ktoś mi znajdzie koszulę flanelową taką starożytną z flaneli prawdziwej w sieciówce to normalnie dam mu Nobla, albo Pulizera albo coś tam – nie wiem, co blogerki chcą dostać.

Załóż wianek krzyczy dumnie kolejny nagłówek. Wianek na festiwalu robisz z tego, co znajdziesz i co nie jest naznaczone papierzakiem (festiwalowicze wiedzą, o czym mówię). To bardzo ekonomiczne. Nie szkoda CI go wywalić albo jak go ktoś zniszczy. Po prostu siadasz na dupsku i robisz nowy. Ceny wianków to kwestia 80 zł za naprawdę porządny wianek. Na mózg upaść bym musiała, żeby nabyć owy i jechać w nim na festiwal. Przyspawałabym go do głowy chyba. Bo nie widzę innej opcji, kiedy w szale imprezy pilnuje czy wianek trzyma się na mej głowie. „Pięknie wygląda z zestawem Hippie” doradza nam autor. Ja na to mówię Pozerstwo. Inni stylizacja. Hippi dodatek. Szkoda, że te Hippi dodatki noszą panny, które o kulturze hipisów pojęcia nie mają. Nie wiedzą, z jaką ideologią wiązał się ten ruch. Jakie były jego założenia. Bo przecież wianek to fajny hippi dodatek. Fajny fragment tego akapitu to również: „duże kolczyki, mnóstwo pierścionków, bransoletek i naszyjników”. Tak, obwieś się jak choinka. Tak, doskonały wybór milordzie. Duże kolczyki, może ktoś szarpnie i urwie Ci ucho.

Zaczynam się zastanawiać czy ja w ogóle kiedyś byłam na festiwalu? Albo inaczej. Jak dawno nie byłam na żadnym festiwalu.

Nie daj się zmoczyć (nie daj zamoczyć…if U know What I mean;>). Unikaj wody. Jak ognia. WODA JEST ZŁA. WODA CIĘ ZABIJE. No chyba, że potrafisz kontrolować pogodę wtedy spoko. Jedz bez żenady. „Nie raz, nie dwa zdarzyło się, że murawa zamieniła się w małe bajorko”… DAH to raczej normalne jak zacznie padać. Unoszący się pył drażni w płuca, ale daje miłe orzeźwienie. Nie mówię już o laniu wody ze szlaucha pod sceną, bo wtedy to tylko zacząć krzyczeć z radośni. Ale nie o przyjemnościach tylko o modzie tu mowa. W każdym razie jak zacznie padać musisz wziąć swój podręczny bagaż (który po oględzinach tego wszystkiego, o czym mówi autor wynosi jakieś 30 kg) i wyciągnąć z niego KALOSZE „świetnie prezentują się z delikatnymi sukienkami, krótkimi szortami”. Tatuś mi powtarzał, że w kaloszach gniją nogi. Dlatego nigdy nie włożę nogi w coś, co jest kaloszem. Kalosze nadają się na rolę, do obory tudzież stajni, dla małych dzieci skaczących po kałużach przed 10 minut i to wszystkie miejsca w jakiś akceptuje kalosze. Moja plastyczna wyobraźnia nie łączy kaloszy z sukienką w żadnym uniwersum. Oczywiście jak nadal pada autor radzi „sięgnąć po ‘ostrzejsza broń’, ale nadal niezwykle hot” – parkę z kapturem”. Nie ma to jak oberwanie chmury,a ty stoisz w swojej parce z kapturem na środku pola. Przy oberwaniu chmury jedyne, co możesz zaakceptować i co jest bardzo hot, że stajesz się MISS MOKREGO PODKOSZULKA. Bardziej hot na festiwalu już nie możesz być. Powiedzą CI to zadowolone miny twoich kumpli. Gwarantuje.

Ostatni nagłówek paktuje o postawieniu na Rock’n’roll. Autor nawet dość świadomie stwierdza, że festiwale mają swoje korzenie w rock’n’rollu. Ale znowu wraca do nieszczęsnych biednych hippisów. „Hipiski nosi spodnie – dzwony, góry od bikini zamiast bluzek, a na włosach wiązały kolorowe chusty. Jeśli dzisiaj dorzucimy do tego zestawu okulary „lenonki” i oldschoolowy plecak wówczas będziemy wyglądać jak stałe bywalczynie rockowych festiwali”. Ręce mi opadły i zwisają smutno wzdłuż mego ciała. Teraz z każdej kultury bądź subkultury czerpie się garściami. Jednego dnia jesteś punkiem drugiego hippisem a jak założyć dres to nawet i raperem „Raperem nie zostaniesz przez szerokie spodnie” jak trafnie powiedział Fenomen. Nie zostaniesz punkiem przez ćwieki ani hippisem dzięki dzwonom. Czy w całym tym durnym szale na stylizacje nie możemy zostać sobą. Sobą – własną prywatną osobą. Z własną osobowością i własnym rozumem. Potrzebujemy durnych porad nawet, kiedy jedziemy na festiwal? Współczuje tym, którzy tych rad słuchają.

Artykuł kończy „No to, co? Widzimy się pod sceną!”. Nie sądzę, żeby po wysłuchaniu rad z artykułu jakakolwiek dziewczyna skusiłaby się na to, żeby iść pod scenę gdzie brud osiąga apogeum. Gdzie każdy obija się o Ciebie nie patrząc na nic. Gdzie trwa najlepsza zabawa, a ty ubłoconą ręką przecierasz spocone czoło krzycząc głośno wersy piosenki ukochanej kapeli.

Moda festiwalowa, moda na festiwale, festiwale mody?

Podziękuję. Nie mój klimat.

 

P.S. (Ojciec zabiłby mnie za to, co napiszę, lewackie klimaty, lewackie pismo) Wyborcza zrobiła bardzo przyjemny cykl wakacyjny o festiwalach. Opisują wszystkie od podstaw. Monterey Pop aż do Open’era. Plus SENSOWNY PORADNIK, co i jak względem ubioru. Serdecznie polecam.

P.P.S Aha i taka rada ode mnie. Koniecznie powieście sobie na szyi swojego Nikona. Bardzo wygodnie chodzi się wszędzie z aparatem na szyi przy 40 stopniach w cieniu;) Dziękuję. Koniec rady.