Kontakt O mnie Współpraca Portfolio
_8300014-001

O czym myślę…

Zagięłam czasoprzestrzeń. Jest 20 września. Tyle dni powstawał ten wpis. 21 dni. O ironio. 21 dni dla 21 postu. I tylko dlatego, że miał być spektakularny. Jedyny w swoim rodzaju. Najbardziej dopieszczony i najlepszy. Przecież 21 to taka ważna liczba.

Jest chaotycznie. Bezsensu. Niespójnie i źle. I olewam to. To mój wpis. Robię co chce. Bo mogę. Patchwork. Tak powinien nazywać się ten wpis. Bo to Patchwork moich myśli zebranych na przestrzeni kilku lat. Nie liczę na to, że ktoś zrozumie kontekst. Nie musi.

(…kiedy śmieje się z dzisiejszego świata)

Oczywiście mogłabym przykleić tutaj jakieś górnolotne hasło w stylu. Całuję w dupę kulturę masową awangarda poetycka porusza moja głową. Massmedia. Mainstrem. Kiedyś nie było tych wszystkich dziwnych określeń oglądaliśmy atomówki na RTL7 jak jeden mąż i nikt nieprzejmował się czy to Mainstrem czy underground.

(…kiedy myślę o mojej depresji )

Zaciągnęłam jej na szyi obrożę. Założyłam bolesną kolczatkę uniemożliwiając poruszanie się. Waruje mi koło nogi. Czekając aż znowu ją wypuszczę. Moja nienawiść zaczęła chodzić w kagańcu. Nigdy nie była i nie będzie francuskim pieskiem. To straszna bestia. Jeżeli o czymkolwiek w sobie mogę powiedzieć, że jest doskonałe, to jest to właśnie nienawiść.

(…kiedy tłumaczę sobie własne wybory)

Rasa Ludzka to rasa tchórzy. Ja nie tylko idę w procesji, ale jeszcze niosę w niej sztandar. Wyvofałąm się. Schowałam się w cieniu. Niekrzyczę już głośno dawno utartych prawd. Zachowuje je dla siebie. Usłużnie niosę ciężar, jaki kiedyś spadł na moje barki. Poddaje się pływom zatrzymując własny rozum. Nie robię niczego wbrew sobie. Po prostu wybieram najbardziej dogodną dla mnie ścieżkę.

(…kiedy rozliczam się z przeszłością)

Wiele razy miałam ochotę targnąć się na swoje życie. Nie spektakularnym podcięciem sobie żył. To zawsze wydawało mi się zbyt przerysowane. Teatralne. Żałosne. Wykańczałam siebie wypalając się komórka po komórce. Traciłam kontakt ze światem wykańczając się tak, żeby nikt tego nie zauważył. Nie potrzebowałam widowni. A potem mnie olśniło, że cały mój ból moje cierpienie godne Chrystusa jest po prostu śmieszne. Jak boli Cię serce to je zabandażuj? Nie daj nikomu satysfakcji. Nie taki los jest Ci pisany

(…kiedy wytyczam sobie cele)

Kiedyś ambicja była uważana za grzech. Ja nie tylko zrobiłam z niej swój atut, ale dodatkowo nauczyłam się ją kontrolować. Trzymać blisko ciała. Jestem obserwatorem. Koduje w głowie zachowania ludzkie. Nauczyłam się jeździć po ludzkiej ambicji jak na rowerze. Kontrolować ich pragnienia i cele

(…kiedy myślę o młodości)

Okres buntu przeszłam wykreślając wszystkie punkty z listy. Rzuciłam szkołę nie zostałam jednak ninją. Ale całkiem dobrze bawiłam się przez ten okres. Zaliczyłam mieszkanie w Opolu i we Wrocławiu. I taką cholerną liczbę imprez, że dziwię się sobie, że mam jeszcze wątrobę. Nigdy nie byłam złotym dzieckiem. Przyznaje się do tego. Spróbowałam w swoim życiu wszystkiego, co było zakazane. Zakazane przez normy wytyczone przez społeczeństwo oczywiście. Nie cofałam się przed niczym. I doskonale się bawiłam. W życiu na przekór wszystkiego trzeba robić głupstwa i mieć kaprysy.

(…kiedy podziwiam swoją dorosłość)

Byłam podziwiana. Czas przeszły jest tutaj jak najbardziej adekwatny. Odsunęłam się w cień. Tutaj mi spokojniej, bezpieczniej. Nie czuję już parcia na szkło, że każdy musi o mnie wiedzieć, każdy musi mnie znać i liczy się tylko to, kogo ja znam. To były dobre szczeniackie czasy. Teraz ponad wszystko miłuje spokój. Zostałam w tym spokoju wbrew pozorom bardzo samotna. Czy jest mi z tym źle? Nie sądzę. Robi mi się cieplej na sercu, kiedy pomyślę o tym jak moja poraniona dusza brała górę nad rozsądkiem. Byłam zepsuta i zła do szpiku kości. I nie zawdzięczam tego sobie, (chociaż może trochę) w dużej mierze wykreowało mnie tak społeczeństwo. W oślepiających lampach tańczyłam na barze przewracając się na zimne kafle, obierałam cel i nie wahałam się po niego sięgnąć. Zepsuta kobieta należy do tego rodzaju istot, których mężczyźni nie mają nigdy dość. Widzę ją teraz jak przez szybę. Widzę się czasami w oczach niektórych małolat napotkanych w barze. Krzyczy do mnie. Odwracam wtedy twarz sącząc Long Island z lodem i rozmawiając z zaprzyjaźnioną barmanką o tym, co słychać u jej chłopaka. Nie pozwalam sobie na szaleństwa. Ich czas minął bezpowrotnie. Czas szaleństw i głupich decyzji.

(…kiedy chce się podbudować)

Nigdy nie dałam się zaszufladkować. I nigdy nie dam się zaszufladkować. Życie mam jedno i mam zamiar spędzić je kurwa spektakularnie, tak, że po mnie zostanie już tylko popiół i kurz. Podsycam własne ID pragnieniami, wzbogacam własne ja, codziennie dowiadując się nowych rzeczy, czas stagnacji dopada mnie góra raz w roku, depresji nie miałam już dawno i chociaż ubieram się na czarno w głębi dalej pozostałam ptakiem z jaskrawymi piórami i nie dam się zamknąć w klatce. Nie pozwalają mi na to duma i jaskrawe pióra.

(…kiedy wspominam pierwszą domówkę)

W szczeniackich czasach nauczyłam się kłamać. Kłamać do tego stopnia, że zaczęłam wierzyć sobie. Wmawiałam sobie pewne rzeczy i tak się po prostu działo. Autosugestia – tak to się chyba nazywa. Jeśli mówiłam, że mi nie zależy – nie zależało, mówiłam, że kocham – tak było. Nigdy nie zdradzałam, co tak naprawdę w sobie kryję. Odkryłam, że nie warto, że zazwyczaj staje się to powodem walk a ludzie wykorzystają przeciwko Tobie każdy argument. Powierzchowność to zajebisty rekwizyt.

(…kiedy myślę o miłości)

Kochałam. Oczywiście, że kochałam. Nie, nie byłam zakochana. Kochałam. Prawdziwą szczerą miłością. W późniejszych latach dopadło mnie to jeszcze z dwa razy. Jednak to pierwsze uczucie nauczyło mnie najwięcej. Uczyłam się razem z nim. Kodowałam każdym nerwem. Chłonęłam wszystko. Alchemia twoich spojrzeń, była nieporównywalna do żadnego innego uczucia w moim życiu. Miałeś taki lekko rozmarzony wzrok. Może to wina mdma a może tak naprawdę było. Jednak od tamtej pory nigdy już nigdy tak na mnie nie spojrzał. A może zwyczajnie ja nie pozwalałam tak na siebie patrzeć

(…kiedy myślę o facetach)

Śmieszyły mnie przerysowane nastoletnie lolitki, półnagie suki stukające obcasami krzyczące głośno, że skurwiele to kolesie. Bawiło mnie to. Bawił mnie fakt narzekania na to, że nigdy nie chce ich szanować. Zaciągałam się wtedy dymem i opadałam w twoje ramiona wypuszczają nad nas dym a potem całując Cię najczulej jak potrafiłam. Nie patrzyłeś na nie. Wolałeś moje szerokie spodnie i T-shirt z rażącym po oczach napisem Havana Beach. Śmialiśmy się do rozpuku. Kiedy przechodzę teraz koło nich i widzę je z dziećmi wracam wspomnieniami do tamtych chwil. I chociaż Ciebie już nie ma. Półnaga suka na zawsze pozostaje dla mnie symbolem naszej miłości

(…kiedy wychodzę z depresji)

Był taki moment w moim życiu. Uważam go za przełomowy. Pokonałam wtedy własną barierę. Stałam się jeszcze bardziej protekcjonalna niż zwykle. Jeszcze bardziej upierdliwa, wredna, małostkowa. Robiłam, co uważałam za słuszne i nie patrzyłam na konsekwencje. Mówili, że jestem nieludzka. Rodziło to na mej twarzy uśmiech. Dla mnie był to wystarczający powód by uznać mnie za boską.Pragnęlimojegotowarzystwa, chociaż było bolesne. Masochiści ulotnych wrażeń. Głupcy.

(…kiedy uporałam się z samą sobą)

Moje Ego urosło do niesamowitego poziomu. Wstawałam i kładłam się do łóżka z przeświadczeniem o swojej doskonałości. A potem nadszedł cios. I stojąc na krawędzi rozmawiając z własnym Ego bezceremonialnie pokazałam mu jak spada się z dachu. Rozproszyłam fałszywe mrzonki i popadłam w stagnację. Stan, którego nie rozumiałam. Stan, który mnie przerażał. Stan, w którym wstanie z łóżka stawało się przeprawą przez mękę. Przestałam wierzyć we wszystkie swoje ideały. Umarłam dla świata.

(…kiedy spowiadam się sufitowi)

Widziałam Cię w koszmarach i snach na jawie. Widziałam i czułam twój oddech i zapach. Byłam bliska obłędu i co gorsza wiedziałam, że musze poradzić sobie z tym sama. To było bolesne. Zatapiałam się w narkotycznej euforii snów, pozbawiona realizmu dusiłam się wspomnieniami.

(…kiedy wspominam swoje zwycięstwo)

Dużo, dużo dni później w imię banalnej popularności koloryzując nieco swój życiorys znalazłam swoje Kum ran. Odbiłam się od dna. Wróciłam do życia. Zniknęły podkowy pod oczami, uśmiech znowu jakby przykleił się do ust. Papierowa cera nabrała rumieńca. Wróciłam do żywych. No. Do pół żywych. I było mi z tym zajebiście dobrze. Pojęłam sens cierpienia, jakie mnie spotkało. Nic nie dzieje się bez przyczyny – czy nie tak zwykłam zawsze powtarzać? Narodzona od nowa, z nowymi umiejętnościami byłam gotowa stawić się czoła całemu światu. Pokornie poczekałam aż wrócę do formy. Zapamiętałeś mnie wtedy? Zapamiętałeś jak cholera. Bałeś się na mnie spojrzeć. Przechodziłeś na drugą stronę ulicy. A moje płynne kroki znaczyły twoje sny. Stałam się najgorszym koszmarem. I dobrze. Cierp kurwa. To zdawałam się mówić. Zastanawiam się teraz, do kogo tak naprawdę kierowałam to przesłanie.

(… kiedy myślę o naiwności)

Wyrosłam z bajek o księciu. To prozaiczne stwierdzenie jakoś zawsze towarzyszy moim krokom. Dlatego obranie celu stało się takie ważne. Wraz z twoim wyjazdem utraciłam ten cel. Stał się odległy. Nie ukrywam, że nie jest mi z tym dobrze. Tracę jednak poczucie, po co tak naprawdę postawiłam sobie ten cel. W mojej głowie huczy dysonans. Odbija się od ścian czaszki i burzy ciąg dnia. Nie pozwala normalnie funkcjonować. Kiedy zostaję sam na sam z własnymi myślami. To ten moment tuż przed snem. Kiedy rozliczam się sama pod bóstwem sufitu z własnych przewinień doszłam do wniosku, że egoistyczne pragnienie posiadania Ciebie doprowadziło do tego, ze stałeś się moim celem. Nie myślałam o tym, co ty chcesz, chociaż nie raz nie dwa karmiłeś mnie fałszem i dawałeś złudną nadzieję. Wybaczyłam Ci. Teraz musze wybaczyć sobie. A to nie będzie takie proste. Rachunek sumienia trwa. Bóstwo nie jest jednak skore do rozliczeń.

(…kiedy czuje się bezsilna)

Podziwiam cierpliwość. TO cecha, której przez 25 lat mojego życia nigdy nie byłam w stanie przyswoić. Tak samo jak wczesnego wstawania. Cierpliwość i wczesne wstawanie są poza granicami pojmowania mojej percepcji. Wytykam sobie ten błąd. Czuje się niekompletna przez to, ze nie umiem być cierpliwa. Cierpliwi ludzie dostają to, czego pragną. Następuje to cholerne uczucie rozczarowania. Wchodząc po schodach po ciemku masz wrażenie, ze jest jeszcze jeden schodek, którego w rzeczywistości tam nie ma.

(…kiedy uczę się na własnych błędach)

Rozliczanie się z przeszłością nie jest wcale takie proste. Bo jesteś tam ty i ty i ty też. Cała wasza trójka nauczyła mnie w bardzo krótkim okresie czasu rzeczy, o jakich nie miałam pojęcia. Borujecie w mojej głowie dziurę sącząc w nią słodki jad. Ale ja nie poddaje się tak łatwo. Znalazłam antidotum. Nie jest nim czas. Jak było mi to powtarzane. Jesteście moją Nemezis. Fakt posiadania was w głowie staje się moja siłą. Czerpie z was moc, o której wy nie mieliście pojęcia. A kiedy przyjdzie ostateczna rozgrywka stanę do niej gotowa i pewna zwycięstwa.

(…kiedy dopada mnie wena)

Przez wiele lat nauczyłam się cieszyć z pozoru błahymi rzeczami i odnajdywać inspirację w miejscach absolutnie nieinspirujących. Lubię zapach rdzy i próchniejących schodów w kamienicach, lubię dotykać wydrapanych na ścianach tagów i odnajduję pewien rodzaj przyjemności czując oszczane klatki schodowe. Rozumiem wtedy jak bardzo moje życie mogło różnic się, kiedy urodziłabym się w innejrodzinie, lub chociażby na innej ulicy. Chełpię się zwycięstwem przywołując w pamięci niepokojące wspomnienia.

(…kiedy dochodzę do ważnych wniosków)

Wszystko jest na sprzedaż. Ogarnia mnie pusty śmiech, kiedy słyszę, że zdrowie, miłość czy szczęście nie liczy się miarą pieniądza. Naiwni. TO wszystko jest kwestią ceny. Uczucia na sprzedaż. Daj mi pieniądze a zdradzę Ci sekret długowieczności. Może i stałam się materialistką.Może trochę bardzo. Ale kurewnie mi z tym dobrze. Nie ma rzeczy na tym świecie, której nie można kupić. A jeśli twierdzisz inaczej jesteś zbyt naiwny lub zbyt głupi by naprawdę to zobaczyć

(…kiedy myślę o rodzinie)

W mojej rodzinie istnieje takie przeświadczenie, że jestem nieudana. Stanowię jakiś felerny egzemplarz. Odpad. Wymuszone narodziny. Rozczarowanie babci z braku męskiego potomka. Pluję na to. Każdym dniem, kiedy wstaję z łóżka i unoszę wysoko głowę udowadniam, ze mam to wszystko gdzieś. Pokazałam, ze z samego dnia mogę wybić się na sam szczyt. Patrzcie i płaczcie. Nie ukrywam, ze nie przyszło mi to łatwo. Jednak słodki smak zwycięstwa wynagradza mi to wszystko po stokroć.

(…kiedy gubię się w samej sobie)

Stojąc na rozdrożu i bijąc się z własnymi myślami wymagałam od siebie cudu. Cuda nie istnieją. It’s official. Człowiek sam buduje swoje cuda na kanwie własnych marzeń. Każda z dróg wyglądała wtedy jak autostrada do piekła. Pośród mgły, siąpiącego deszczu i zapadającego niczym brudna kurtyna zmierzchu zdecydowałam się odwrócić i odejść drogą, która przyszłam. Uznałam za cud to, że postawiłam sięsamej sobie.

(…kiedy obserwuję)

Nie raz nie dwa starałam się nadać się swojemu życiu cech graniczących z absurdem. By zostać zauważoną, szukać poklasku? Nie wiem, dlaczego. Było to jednak głupie. Przechodząc obok coraz bardziej kolorowych ludzi uznawałam ich za coś zupełnie normalnego. Przez wiele lat nauczyłam się rozdzielać normalność od oryginalności. Nie miarą stroju, fryzury, tylko te, co ktoś ma mi do zaoferowania. Kiedy ubrany zupełnie zwykle człowiek potrafi rozbawić mnie jednym zdaniem staje się dla mnie oryginalny. A ta banda kolorowych, super alternatywnych ludzi stała się dla mnie tak ostentacyjnie normalna, ze zachciało mi się rzygać. Świat jest inaczej skonstruowany kotku. Dobrze, że to zauważyłaś.

B A N G !