Kontakt O mnie Współpraca Portfolio
800px-StateLibQld_1_132733_Two_women_reading_on_a_verandah_at_Ingham,_ca._1894-1903

Ignis…Ignis Srignis

Zakochałam się w Olympusach. Kiedy ją poznałam robiłam zdjęcia kompaktem. Teraz siedzę na pastwiskach ustawiając moją lustrzankę. Tak. Umbra jest jak mój aparat. Trochę ze mną przeszła i ma kilka rys. Ale za cholerę nie wymienię jej na inny system.

Cenie sobie ludzi, którzy przy mnie trwają. Nie mówię o przyjaźni – bo nie uznaję ten instytucji ani tego słowa. Szanuje tych, którzy nie robią dramatów, że nie odzywam się dzień…miesiąc czy rok i po prostu to rozumieją. Którzy po takim czasie nie zapytają się, „Co tam” czy ”co się zmieniło?”. Po prostu przejdą nad tym do porządku dziennego i otworzą mi piwo, bo mając 25 lat nadal nie nauczyłam się ani nosić otwieracza ani otwierać piwa zapalniczką. Szanuje krótkie „żyjesz?” zamiast paniki i obdzwonienia połowy mojej rodziny, znajomych i świata. Ale najbardziej szanuje to, że kiedy leżę na kanapie, mam myśli samobójcze, butelkę wody i oglądam kretyński program, ona leży obok nie pytając o nic. I nie ma niezręcznej ciszy. Pomiędzy nami ona nigdy nie zapada. Jesteśmy jednostkami. Oryginalnymi, nieszablonowymi jednostkami, które psotna pani fortuna sprowadziła na jedną drogę. Jeżeli milczymy, widocznie nie mamy nic mądrego do powiedzenia…no albo mamy takiego kaca, że wyartykułowanie słowa graniczy z cudem.

Nie lubię jak ktoś do mnie mówi. Zacząć wypada w sumie od tego. Nienawidzę. Nie cierpię jak ktoś do mnie przemawia. Tym bardziej nie lubię, kiedy po 30 minutach moim onomatopei instytucja osoby naprzeciwko mnie nadal nie pojmuje, że nie mam ochoty z nią rozmawiać. A kultura nie pozwala mi po prostu powiedzieć „weź spierdalaj, bo nie chce mi się Ciebie słuchać”. Więc mhmkam, co jakiś czas tudzież wtrącę „no, no” i czasami czuję się jak debil taki skończony skretyniały osobnik, kiedy musze prowadzić taki „dialog”. Bo ja to w ogóle nie lubię rozmawiać z ludźmi. Ja lubię mówić w sobie w Izie i układać sama dialogi. Ja się doskonale ze sobą bawię. Nudzą mnie trywialne rozmowy. Kiedy ktoś mówi do mnie, że kupił sobie nowe buty kwituję to krótkim „aha”, bo naprawdę nie chce wiedzieć, jaki mają fason, kolor i czy są na obcasie czy nie. Olewam to. I wychodzę na chama, bo rozmowy podjąć nie chciałam. Na litość? A o czym mogłabym porozmawiać. Ja górnolotnych rozrywek potrzebuję, psychologicznych gwałtów, łechtania ego. A jednak, kiedy Umbra pokazuje mi nowy lakier do paznokci wyrażam zainteresowanie owym produktem, bynajmniej nie z grzeczności, z autentycznej ciekawości. Cena, kolor, gdzie, po co i dlaczego go kupiła. I o tym cholernym lakierze możemy rozmawiać kilka godzin. Bo to ważne. Najważniejsze w tej chwili. Kumacie fenomen naszych relacji?

Nie mamy cech wspólnych. Na upartego można by powiedzieć, że śmieszą nas te same rzeczy i lubimy palić papierosy. Bo nawet rozmiar buta mamy kurwa inny. Tym bardziej czuję się niezręcznie, kiedy w sklepie, kiosku tudzież na ulicy ludzie uznają nas za siostry. Bo dupy mamy wielkie, to rodziną być musimy? O rili?! Kiedy ona potrafiła wyartykułować poprawne zdania i rozglądała się za swoim pierwszych mężczyznom życia ja leżałam w inkubatorze płacząc bóg wie, dlaczego i sikając pod siebie w tetrową pieluchę. Tak. Wiek też mamy różny. Nawet niezbliżony. Od prefixu 2 do 3 w wypadku wieku jest jednak spory kawałek. A mimo to, to właśnie z nią palę papierosy i śmieje się z rzeczy nieśmiesznych. I bardzo soczyście mam w dupie, co kto o tym myśli.

Zasadniczo to w sposób nieco słaby się poznałyśmy. Nie w galerii, kinie czy teatrze tylko na grze. Tak na grze. RyPyGie dodatkowo. Kiedy wpadłam tam z moim wybujałym ego starając się porozstawiać wszystkich po kątach okazało się, że z tym okazem nie będzie tak łatwo. Traktowała mnie dość protekcjonalnie, żeby nie powiedzieć zbywała. Utrzymywałyśmy relacje „czystko koleżeńskie”, bo tak wypadało, jednak Umbra owiana była aurą pewnej tajemniczości. Nikt jej nie widział naprawdę, nikt z nią nie rozmawiał poza grą, a jednak każdy pragnął z nią rozmawiać. Jako urodzony buntownik po kilku nieudanych próbach nawiązania znajomości przestałam z nią utrzymywać kontakt na długie lata. Krążyłyśmy gdzieś obok siebie trzymane wspólnymi znajomymi, klanem i zwrotami grzecznościowymi. W zasadzie dla siebie nie istniałyśmy. Nie było potrzeby. Ona wiedziała, że to ja, ja wiedziałam, że to ona. Długie lata. Kilometry zmian „ustrojowych” na grze a my tam ciągle byłyśmy. Siłą rzeczy, kiedy odrodzony niczym feniks nasz ukochany świat potrzebował pomocy ruszyłyśmy nie patrząc na nic. I tak zaczęła się nasza współpraca. I okazało się, że ja nie jestem tą, która ślepo podąża za grupą i w zasadzie potrafi przyzwoicie stworzyć pewien obraz i namalować go słowem, a ona nie jest tą nadąsaną, zapatrzoną w siebie księżniczką, do której bez kija nie podchodź. Okazało się, że jedna rozumie wizje drugiej po trzech słowach, że jednak inteligentni ludzie dogadają się zawsze. Okazało się, że Beatricja i Umbra to tandem, któremu nikt nie jest w stanie podskoczyć. Byłyśmy (i dalej jesteśmy) owiane taką ilością legend na tej grze, że kiedy czasami coś wypłynie zanosimy się śmiechem jak ktoś taka głupotę mógł wymyślić. Ze sławetnego gonienia się mężczyzn z siekierą po krakowskim rynku w walce o serce Umbry śmiejemy się za każdym razem. Tak sobie dedukuję, że to prędzej czy później musiało się stać. To kwestia wybuchowej mieszanki genów i czystej zajebistości. Tam czy tu, razem jesteśmy nie do przebicia.

Przeszłyśmy przez wszystkie z możliwych etapów naszych żyć (przez śląskie spaczenie to słowo ma dla mnie zły wydźwięk). Depresje przechodziłyśmy ciężkie, każda na swój pokrętny dla drugiej sposób. Odkąd jednak regularnie się widujemy zauważyłyśmy jednak jej brak. Nie, nie. To wcale nie dobrze jakby się wydawało. Nam depresja potrzebna jest jak tlen. Nie ta urojona. Ta prawdziwa. Z trzewi. Kiedy nic nie ma sensu i pijesz wodę, bo wiesz, że możesz się odwodnić. Kilka razy podjęłyśmy żałosne próby jej przywołania. Jednak ta druga zawsze jakoś skutecznie potrafiła sprowadzić ta depresję do poziomu kiepskiego żartu. A potem to wytknąć. Zwłaszcza ja. Wytykam Umbrze jej żałosne próby podjęcia depresji. Fakt, że wtykamy sobie jak najgorsi wrogowie mierzi opinię publiczną. Ofen potrafimy powiedzieć do siebie, że wygląda ktoś jak gówno tudzież jest rudą szyszymorą. Epitety, jakie kierujemy w swoim kierunku wywołują frasunek na niejednej twarzy. O naszych wirtualnych rozmowach nie wspomnę, bo gdyby głowy wybuchały … to … to byłoby słabo. Popluty monitor. Tak to ważne. Inwestujemy kupę kasy w chusteczki do czyszczenia monitora. Zawsze któraś znajdzie sobie taki moment, że akurat ta druga żre lub pije, aby przekazać anegdotę życia. Fakt, że moja pierdziawka (czyt. netbuk) nie umarła od nadmiaru śliny tez jest poniekąd cudem. Nie wiem Andrzej po prostu nie wiem…

Wie, że nie lubię zarazków, że panicznie boję się wybuchów choroby. Wie, że informacja o eboli była dla mnie jak cios prosto w skroń. Wie, że lubię czytać książki i lubi dzielić się ze mną opiniami i wie, że jak mam kaca ma do mnie nie mówić tylko podać tabletki i wodę z miętą i cytryną. Wie, że nie palę miętowych papierosów, ale zawsze mnie nimi częstuje, kiedy ich nie mam. Wie, że potrzebuję ciszy i świętego spokoju. Wie, jak mnie opanować, kiedy wpadnę w szał. Wie, co lubię jeść i że nie mogę nawet patrzeć na koperek.

A ona wie, że chociaż zawsze będą się buntować przeciwko jej muzyce, radykalnym poglądom, wychowaniu dzieci, głupim kocie to i tak zawsze ja popieram. Na marsz pojechałam nie ze względów patriotycznych tylko, dlatego, że dostałabym szału siedząc w domu i patrząc, co się tam dzieje i zastanawiając się czy nie leży gdzieś przypadkiem poturbowana. Wolałaby obok. W razie wypadku dać komuś w mordę. To było bezpieczniejsze. Wie, że nienawidzę tego, że Antek jest tak rozpieszczony, że gdyby zamarzył mu się jednorożec pewnie by go zdobyła. A jednak sama kupuje mu nowe bajki i patrzę jak przeglądnie je kilka razy a potem ciśnie nimi w kąt. Wie, że chociaż głośno peplam o tym jak to strasznie nienawidzę Horytnicy a jednak czasami z nudów sama ją sobie puszczam. Mopsy tak naprawdę lubiłam z przekory. Istota posiadająca dobermana nigdy nie zaakceptuje niczego, co ma mniej niż 30 cm. Cziłała było zbyt biedackie. Mops i jego wypadające oczy były idealne. Nie ukrywam dziady są słodkie. Na zdjęciach wychodzą zacnie no, ale kurde… nigdy nie pozwoliłabym sobie na to, żeby ktoś z tym czymś mnie zobaczył. Swoje muszę wypaplać. I ona o tym wie. Koledzy skini, ruda suka, bary pudziana. I wie też, że gdyby, chociaż dzisiaj powiedziała, że rzuca to wszystko wpizdu poruszyłabym niebo i ziemię, żeby się tam dostać i pomóc jej pakować walizki. I nie nazywam tego przyjaźnią. I nigdy przyjaźnią tego nie nazwę. Bo to po prostu całkiem inny rodzaj relacji. Jakbyśmy żyły w naszej własnej psychosferze.

Jest dla mnie jak starsza siostra i zastępcza matka i najlepszy kumpel. Egoistycznie zamknęłam wszystko w jednej osobie. Bo i imion mniej do zapamiętania i prezentów mnie do rozdawania.

Kawy dalej nie potrafi mi zrobić. Może się kiedyś nauczy. Jest głową rodziny może się nauczyć, kiedy chce….