Kontakt O mnie Współpraca Portfolio
cocaine-crazy-drugs-Favim.com-1597862

Kawa posłodzona amfetaminą

Starałam się. Autentycznie się kurwa starałam. Ale no nie da się. Wymiękłam. Przyznaję się, że jestem miękką fają, mówcie sobie, co chcecie. Ale jeśli fakt bycia real modern woman jest zależna od wydzielonego czasu na szopingu – to ja kurwa odpadam.

Napędzana papierosami i kawą rozglądam się dookoła jakbym łapczywie szukała czegoś, co uratuje mnie z tej patowej sytuacji. Nie czuje euforii. Nie mam ciarek i w ogóle jestem na nie. Bo zakupów nie lubiłam i nie lubię. Dwie rzeczy, na które pieniędzy mi nigdy nie jest szkoda to książki i buty. Książki mogę nabywać w internecie a buty i tak w internecie nabywam, bo to, co serwują mi sklepy jest dość niespójne z tym, co owymi butami pragnę wyrażać (Wings od Jeremiego Scotta i Bonebreakers od Iron Fista me gusta. Tak chwalę się. Mam. Kto biednemu zabroni udawać bogatego.).

Puenta: Nie musze chodzić do galerii handlowych.

To bolączka ludzi z małego miasta. A przecież z takiego jestem. Pojedzie to do SUPERMARKETU (swoją drogą kretyńska nazwa. SUPERmarket. EKSTRAmarket. Każdy epitet brzmi z tym kretyńsko.) albo właśnie do Galerii Handlowej i chuj klapki na oczach ja pierdole inny świat. Może to kwestia wychowania. Nie należałam nigdy do dzieci, które jeżeli czegoś nie dostaną to umrą. Moi rodzice woleli zabrać mnie na weekend w ruiny zamku, nad jezioro ŚWIĘTA ANIELO nawet do kościoła a nie do supersamu. I mam tak do teraz. Owszem. Pójdę, pooglądam. Łaskawie nawet okiem łypnę, ale jeżeli od pierwszego wejrzenia w czymś się nie zakocham to choćby skały srały nic w sklepie nie kupię. Sens? Sprzedany na promocji za 40 % wartości.

Boli mnie wszystko. Kręgosłup. Bark. Nogi i kawałek dupy. Centrum handlowe jest jak mały labirynt i bez mapy jak z Prison Break nie da się z niego wyjść szybko. Trzecia próba udania się na szoping wyszła jak wyszła. I człowiek się stara. Bo i w portfelu i na karcie ma te złote upragnione monety. Dłużej niż godzinę (z czego 40 minut to kluczenie po tych cholernych korytarzach) nie jestem w stanie wytrzymać. Opieram się smutno o kolumnę i mówię „Nie, ja mam kurwa dość”.

- Jak to się nazywa tych plemników
- Ale co plemników?
- No że kurwa sztama
- Nie, że związek…kurwa…
- Braterstwo?
- Nie braterstwo
- Solidarność
- Właśnie Solidarność !

(fragment dialogu Owca&Umbra)

No to właśnie baby nie mają takiej solidarności. My baby potrzebujemy być najlepsze. Facet ma wyjebane, że ktoś przyjdzie w takiej samej koszuli, baba jest gotowa podrzeć na sobie szaty niczym Rejtan i wybiec krzycząc wniebogłosy. Ten dziwny battle of the sexes jest czymś, co mnie fascynuje.(ale nie o tym dzisiaj mówię, to temat na kolejną rozgaworę). Przedziwną sytuacją jest też fakt, że tej jednej jedynej wymarzonej kreacji owe panny szukają w śmieciówkach. To trochę tak jak szukanie białych kruków w empiku. Ale nie przetłumaczysz. Nie idzie. Ni cholery. Spędzi 15 godzin w galerii handlowej szukając THE ONE a potem na wieczornej imprezie dziwi się, że ktoś jest odziany w to samo, co ona.

Rada cioci Owcy: 15 godzin latania po galerii handlowej zamień na 15 godzin pracy. Kup materiał. Zrób projekt i uszyj sukienkę według własnego widzimisię. Sukces gwarantowany.

Idzie to to obładowane jak wielbłąd w karawanie. Na „złamanym” łokciu wisi torba (teoria strun powinna być oparta na algorytmie kobiecej torebki. Nieskończona ilość wymiarów z nieskończona ilością światów), ale w dłoni trzyma z 10 barwnych eko toreb z napisami różnych sieciówek, drugą ręką natomiast przebiera w kolejnych ubraniach. Głową przytrzymuje telefon do ramienia i trajkoce, jakie to widziała wspaniałe botki. Jest na tyle skupiona, że wynajduje koszulkę, sukienkę i legginsy, które spotkała na look-booku w internecie, i z tym naręczem pędzi do przymierzalni. Ale kurwa kolanka w zlewie zmienić nie potrafi. BO ZA TRUDNE

Dzizas fak.

Co ze mną jest nie tak? Gdzie popełniłam błąd? Może to ja faktycznie szukam dziury w całym. Bo albo one się narkotyzują albo ja nie łapie skąd mają tyle mocy. Czepiam się. Na bank. Wszystkie nie mogłaby ćpać.
Nie wiem czy to zależne od tego, że od najmłodszych lat byłam uczona samodzielności. To w sumie całkiem prawdopodobne. Jednak w całym tym szale nie zostałam przystosowana do prozaicznych kobiecych zajęć.(Feministki powinny pominąć następne zdanie). Gotowania, Sprzątania, Zakupów. Fakt bycia kobietą nakreślono mi, jako inne stadium świadomości. Dojrzała kobieta to znaczy świadoma kobieta. Świadoma swoich atutów, niezależna od nikogo, radząca sobie z trywialnymi domowymi zajęciami. Bardzo ta wizja mi się spodobała i tak już zostałam.

Jednak świat poszedł do przodu. I ja też chcę być fajna. Chcę tak jak inne kobiety biegać po sklepach, plotkować z przyjaciółkami przy kieliszku wina, łkać w ramię ukochanego mężczyzny. Próbowałam tego wszystkiego. Przystosować się nie umiem. Bo zamiast stateczności wolę fuckeye od nieznajomego. Zamiast plotek o ostatniej kreacji Mariolki, wole spierać się na tematy polityczne w akcie nerwowym wylewając piwo. No a zakupy…no próbowałam. No kurwa nie idzie no. Trzy podejścia mi wystarczyły. Czwartego podejścia nie będzie.