Kontakt O mnie Współpraca Portfolio
cropped-d9ef583386063377349d8b0fcce00079

Czy ja usłyszałam „Kupujemy książkę”?

Głód. To wtedy czujesz. Potworny głód, który skręca Ci trzewia. Budzisz się i zasypiasz z bólem. Robisz co możesz, żeby ją zdobyć. Nakręcasz sam siebie. Prowadzisz się na sam skraj własnych zasad. Walczysz. Prowadzony pożądaniem, który wznieca coraz większy ogień.

A kiedy ją znajduję. Kiedy ją dostaję. Kiedy ją dotykam i czuje jej zapach dostaje egzystencjalnego orgazmu, mój organizm krzyczy w spazmach rozkoszy. Płonę ogniem mojej obsesji.

Książki to bardzo dziwne hobby

Książki dzielą się na te, które lubimy i do których wracamy. I na te, na które nie możemy patrzeć i samo wspomnienie o nich wywołuje dreszcze. Dzielą się na te, które wypada posiadać w domu w miejscu strategicznym, aby każdy je widział i tak schowane głęboko przed wzrokiem, do których mamy zwykły sentyment. Na takie, które mają ładne oprawy i takie, które żal nam wyrzucić, chociaż okładka trzyma się na smętnych resztkach kleju. Na te, których posiadania sprawa nam frajdę i takie, trzymamy bo a nuż się przydadzą. Na te w twardych oprawach i miękkich. Grube i cienkie. Duże i małe. Ale pośród tych wszystkich książek znajduje się jedna grupa, która spędza sen z powiek każdemu czytelnikowi. Książki, które szepczą do nas, mącą nasz umysł, sprawiają, że teatr emocji, jaki nami steruje przejmuje władzę nad rozumem. Te, które uszczuplają nasz portfel i budzą pierwotne instynkty. Te, które są symbolami bibliofilstwa. Książki obsesje. Chcemy je posiadać, dotykać, czytać, patrzeć, oddychać nimi. O tak…tych nienawidzę najbardziej. Bo właśnie ich mam całą listę.

Welin. Doskonale go pamiętam. Duncan był pierwsza moją książką obsesją. Pamiętam jak palec drżał nad myszką, a w głowie wątły głos mówił ZRÓB TO. Wystarczyło nacisnąć pomarańczowy baner „kup teraz” by za nielogiczną i horrendalną cenę kupić książkę. Tak. Welin nauczył mnie cierpliwości. Pokazał, że rozkosz poszukiwań jest drogą, której nie pozna każdy czytelnik. I kiedy w końcu go znalazłam. Kiedy niemal płakałam trzymając go w dłoniach poczułam to, czego poczuć się bałam. Rozczarowanie, że go mam, że droga, która szłam bardzo długi czas zakończyła się. A potem stąpając po zawiłym labiryncie słów spisanych na kredowym, białym papierze czułam się jak na kolejce górskiej. Wzloty i upadki. Spełnienie obietnicy z recenzji, że WELIN STANIE W OGNIU. I kiedy dobrnęłam do końca wyszeptałam tylko jedno słowo „Geniusz”. Jednak niedosyt pozostał. Niedosyt poszukiwań.

Nie długo szukałam kolejnej obsesji. To pewien rodzaj masochizmu. Doskonale wiesz, z czym się to wiąże a jednocześnie pragniesz to znowu poczuć. Vian. Boris Vian. Tak brzmiało imię mojego oprawcy. Pokazał mi absurd i nauczył kantować. Piana złudzeń jest niepozorną książeczką. 11 x 15. 228 stron czcionką trzynastką. Miękka oprawa. Brzydka grafika na okładce. Nenufar na błękitnym tle. A jednak. Ceny wahające się między 50 a 100 zł to nie tragedia. Jednak wiedziałam, że to daje mi pole manewru, żeby wrócić do poszukiwań. Stałam się podróżniczką. Wszelkie fora i grupy przestały mieć przede mną tajemnice. Poruszając się sprawnie niczym łania szukałam małego cudu. Nie czułam nawet cienia smutku, kiedy odkupowałam tą perłę od niczego nieświadomej dziewczyny. Spokój, jaki władał moich językiem podczas rozmów z nią był jak powolnie wbijany sztylet. Oddawała mi za grosze coś, co przy odrobinie rozgarnięcia mogła sprzedać 10 razy drożej. Cena za niewiedzę bywa bolesna.

Nie czarujmy się. Okładka jest ważna. A każdy, kto twierdzi inaczej jest po prostu hipokrytą. I tak było właśnie z Nealem Stephensonem. Należę do ludzi, którzy lubią patrzeć na jeden prosty napis WYDANIE I. Daje mi to mętne poczucie władzy. Jednak Peanatema w Wydaniu I oczarowała mnie dużo bardziej niż wszędzie dostępne Wydanie II. I tak zlinczujcie mnie królowie słów i władcy bibliotek. To właśnie okładka przemówiła do mnie głośno i wyraźnie. Okładka z tajemniczą pojedynczą wieża i złoty napis na czarnym grzbiecie krzyczały głośniej niż WYDANIE I. Wydawnictwo MAG to mekka poszukiwaczy z obsesją. 60 % ich książek to w chwili sprzedaży białe kruki. Póki istnieją będę mieć, co szukać.

Złota zasada. Najpierw książka potem film. Tak. Tak oczywiście. Jasne. Wszyscy tak robią. A potem pada zawsze to samo stwierdzenie „Oczywiście, że książka była lepsza”. Oczywiste jest raczej to, że w 120 minutach bardzo trudno jest przełożyć wszystkie książkowe wątki. Requiem dla snu oglądał każdy ZBUNTOWANY NASTOLATEK odkrywając w nim to jak straszne skutki mają dragi. Litości. Requiem dla snu jest filmem czysto propagandowym i jak większość osób oglądających film pojęcia nie miałam, że jest na podstawie książki. (No z wyjątkiem HIPSTERÓW. Bo oni na pewno najpierw czytali książkę.) Nie nazwę tego niedopatrzeniem. Bo to nie prawda. Stwierdziłam, że dla spokoju własnej głowy książkę kupię i przeczytam. I wtedy okazało się, że to nie takie proste jak ułożyłam sobie to w głowie. Poszukiwania zaczęłam od źródła. Wydawnictwo otrzymało miliard maili i miliard telefonów od mnie. A potem klasycznym schematem ruszyłam w trasę. I teraz uspokoję wszystkich. Znalazłam. Kupiłam. Przeczytałam. Tak. Powiem to dla waszej satysfakcji. Książka jest lepsza niż film.

Ludzie zajmujący się promocją książek to na pewno pijawki. Naprawdę. To jakieś hybrydy ludzi i pijawek. Gaiman w wydaniu Specjalnym w przypadku Gwiezdnego Pyłu i Autorskim przy Amerykańskich bogach to chwyt typowo reklamowy by ktoś nawiedzony jak ja spędził godziny na szukaniu tych cudów. Czytam wszelkie nowinki dotyczące książek. Ale czytam również to, co już dawno zostało przetrawione i wyrzygane przez cały bohemistyczny świat ludzi kochających książki. I tak doszło do mojego spotkania z Gaimanem. Nasze romantyczne tete – a tete zostało przerwane właśnie wymienionymi wyżej książkami. I wszystko było pięknie. Amerykańskich Bogów znalazłam u wujka na półce, ale z czysto hedonistycznych pobudek postanowiłam nabyć własne nie tylko w wydaniu autorskim, ale dodatkowo w twardej oprawie. Kiedy już znalazłam i libido wróciło na normalny poziom, puls znowu przyśpieszył przy wydaniu w twardej oprawie Gwiezdnego Pyłu. I jak matkę kocham wiem, że moja obsesja kiedyś zrujnuje mnie finansowo. To dość przykre…

Książki obsesje to nie tylko te, za które jesteśmy w stanie oddać ostatnie pieniądze, które mieliśmy na papierosy i kawę. To też takie, które bardzo często uważane są za infantylne i nie warte swojej ceny. I takim guilty pleasure jest dla mnie Seria Niefortunnych Zdarzeń – Lemonego Snicketa. 13 tomów szczęścia, w których zakochałam się z jednego prostego powodu. Autor każdą książkę dedykuje Beatrycze. Mam wrażenie jakby dedykował ją mi. Opowieść o sierotach Baudelaire jest naprawdę dobrze napisaną serią dla młodzieży. Nie taką jak Zmierzch czy inne pseudo romantyczne historie. To wspaniała przygodówka. I cieszę się, że w obsesyjnej podróży trafiłam na nią. Moje spotkania z trójką rodzeństwa dają mi wiarę, że jeszcze do końca się nie zestarzałam.

Ogarnia mnie śmiech, kiedy pomyślę, z jakich dziwnych pobudek szukałam Mnicha. Nie znałam tytułu. Ani autora. Nie pamiętałam jak wyglądała okładka. Treści za bardzo po prawdzie tez nie pamiętałam. A jednak szukałam jej. Intensywnie wertowałam internet pamiętając tylko jeden fakt. Lucyfera z błękitna wstążką Ewy. I bogom dziękować za internet. Będę to powtarzać tak często jak się da. Wpisując moje jedyne wspomnienie po tysiącach godzin poszukiwać w końcu znalazłam skąd owe wspomnienie pochodzi. I kiedy spoglądam teraz na półkę na niemal pradawne wydanie malutkiej książki z amarantowym napisem Mnich cieszę się, że prowadzona pasją zawsze znajduje swój cel.

Mogłabym tak godzinami. Bo pereł na mojej półce jest sporo, a i lista tych, które czekają na odkrycie jest niemała. I nie, nie przechwalam się, (chociaż może trochę), bo to zasadniczo nie jest powód do dumy, że na książkę jestem w stanie, przy dobrych wiatrach, wydać 5 krotność jej wartości. To wszystko wynika z faktu chorej ciekawości i pasji, jaką darzę książki. Zastanawia mnie jednak jeden fakt. Co zrobię jak już jej wszystkie znajdę…